Jestem pod dużym wrażeniem tej ikony. Wydaje mi się być przepełniona ciepłem i jeszcze czymś... zupełnie wyjątkowym. Zamiast się uczyć, siedzę i się jej przyglądam. Działa na mnie w jakiś niezwykły sposób.
Panie i Panowie, przedstawiam ikonę z Bawit. Namalowana (napisana) temperą na desce. Pochodzi z VI/VII wieku. Przedstawia Chrystusa ze stojącym obok Menasem. Oczywiście Chrystusa poznacie po nimbie z krzyżem a Menas to ta postać trzymająca zwój. Menas był żołnierzem, który został mnichem i poniósł śmierć męczeńską.
Ikona ta jest czasem nazywana Ikoną Przyjaźni. To przez gest jaki wykonuje Chrystus w stosunku do Menasa. Jest on różnie interpretowany. Ale takie analizy i interpretacje odbierają mi całą przyjemność kontaktu z dziełem sztuki, także Wam o tym dzisiaj nie opowiem.
Jeszcze mogę Wam powiedzieć, że jest to przykład malarstwa koptyjskiego. Bawit to miejscowość w Środkowym Egipcie i właśnie z tymi terenami należy kojarzyć sztukę koptyjską. Ta sztuka jeszcze bardzo długo nosi ślady sztuki hellenistycznej. Zresztą sami zobaczcie. Ikona jest z przełomu VI i VII wieku a bardzo odczuwalny jest tu hellenizm (na przykład modelowanie kolorem twarzy tych postaci). Jednak, co dla mnie jest ciekawe, malarstwo koptyjskie jest przepełnione ludowym nurtem sztuki egipskiej, o czym świadczy przedstawienie postaci en face oraz brak zainteresowania ich indywidualnym wyrazem.
Szeroko otwarte oczy przywodzą mi na myśl portrety fajumskie.
Jestem urzeczona. Pokochałam tą ikonę.
czwartek, 21 czerwca 2012
niedziela, 17 czerwca 2012
Czego nie wolno w czasie sesji...
Czego nie wolno robić w czasie sesji? Moja własna, prywatna lista czynności najbardziej rozpraszających.
1. Czytanie czegokolwiek poza podręcznikami i literaturą wskazaną przez profesorów. Szczególnie wskazane omijanie Pamuka, Murakmiego, Eco. Jak zacznę, kończę wraz z ostatnim słowem napisanym przez autora.
2. Załatwianie spraw osobistych. W szczególności wywołujących niewskazane w tym trudnym okresie emocje.
3. Pozwalanie wpaść Jemu "tylko na herbatkę", która nie kończy się przed 22.
4. Wspólne uczenie się z Nim. Niby On swoje a ja swoje. Mało miejsca na kanapie. Wymiana spojrzeń. Znowu chwilka przerwy. Wojna o komputer.
5. Nauka na ogródku. Słońce, trzeba zebrać porzeczkę, podlać kwiatki. Zawsze jest coś do zrobienia.
6. Zaglądanie na facebooka.
7. Pisanie postów.
8. Chodzenie po urodzinach.
9. Zgadzanie się na rodzinne wyjazdy w góry.
10. Ogólne zaangażowanie w życie społeczne i rodzinne. Szczególnie rodzinne. Jak już słyszę: Magda, chodź tu na chwilę! To wiem, że to będzie długa chwila. Ostatnio przykładowo musiałam zrobić projekt ulotki, który będzie pewnie zrealizowany za miesiąc najwcześniej. Ale istotne, żeby to było zrobione już teraz.
11. Oglądanie meczy.
Jeszcze o czymś zapomniałam?
Pozdrawiam!
1. Czytanie czegokolwiek poza podręcznikami i literaturą wskazaną przez profesorów. Szczególnie wskazane omijanie Pamuka, Murakmiego, Eco. Jak zacznę, kończę wraz z ostatnim słowem napisanym przez autora.
2. Załatwianie spraw osobistych. W szczególności wywołujących niewskazane w tym trudnym okresie emocje.
3. Pozwalanie wpaść Jemu "tylko na herbatkę", która nie kończy się przed 22.
4. Wspólne uczenie się z Nim. Niby On swoje a ja swoje. Mało miejsca na kanapie. Wymiana spojrzeń. Znowu chwilka przerwy. Wojna o komputer.
5. Nauka na ogródku. Słońce, trzeba zebrać porzeczkę, podlać kwiatki. Zawsze jest coś do zrobienia.
6. Zaglądanie na facebooka.
7. Pisanie postów.
8. Chodzenie po urodzinach.
9. Zgadzanie się na rodzinne wyjazdy w góry.
10. Ogólne zaangażowanie w życie społeczne i rodzinne. Szczególnie rodzinne. Jak już słyszę: Magda, chodź tu na chwilę! To wiem, że to będzie długa chwila. Ostatnio przykładowo musiałam zrobić projekt ulotki, który będzie pewnie zrealizowany za miesiąc najwcześniej. Ale istotne, żeby to było zrobione już teraz.
11. Oglądanie meczy.
Jeszcze o czymś zapomniałam?
Pozdrawiam!
czwartek, 14 czerwca 2012
Coś dla Duszy...
Kochani! Zdałam :) mam piękną czwóreczkę w indeksie, niewiele brakowało a już nóż widelec byłaby tam piątka zamiast czwórki, ale jak się zapomina, że istnieje prezydent na tym świecie... to dobra i ta czwórka :)
Pan Doktor był przesympatyczny. Oby więcej takich egzaminów!
A ja, już po krótkim odpoczynku, biorę się za sztukę wczesnochrześcijańską. Było dla politologii, teraz będzie dla duszy. Oj, jak ja uwielbiam tą moją sztukę. Może nie jest to mój ukochany okres w dziejach sztuki, ale i tak jest to interesujące. Zacznę od symboliki, katakumb a potem już poleci i tak aż do Bizancjum. Nauka o sztuce bizantyńskiej to świetna okazja żeby poprzeglądać ulubione ikony. I niech mi już nikt nigdy w życiu nie powie, że ikoną jest każdy obrazek święty, łącznie z tym, które dostajemy w prezencie od księdza w czasie kolędy!
Ostatnio będąc w Krakowie trafiłam do oddziału Muzeum Narodowego znajdującego się w Pałacu Biskupa Ciołka. Niestety weszłam tylko do jednej sali ponieważ panie wypastowały podłogę i nie chciały nas dalej wpuścić. Uprzedzając pytania, nie, nie był to poniedziałek kiedy większość muzeów jest zamknięta.
Byłam pierwszy raz na Kanonicznej w tym muzeum i to na dodatek w jednej sali, ale muszę Wam przyznać, że to moje najnowsze odkrycie. Znajdują się tam otóż niezwykłe ikony. Niektóre z nich pochodzą nawet z XV czy XVI wieku. Pochodzą z bardzo różnych rejonów. Te najcenniejsze, staroruskie, z Karpat, ale są również tam ikony z Bałkanów, Grecji a nawet świętej góry Athos. Jest to jeden z najstarszych i najciekawszych zbiorów sztuki cerkiewnej w Europie Środkowo-Wschodniej.
To jest Mandylion z tych zbiorów. Pochodzi z końca XV wieku/ początku XVI. Jest to wizerunek Chrystusa na chuście "nie ręką uczyniony". Rozumiecie co to znaczy? Bo tak naprawdę tworzenie ikon jest dla mnie zupełnie osobnym tematem do dyskusji :) Te postacie po bokach Chrystusa to archaniołowie Rafał i Michał. Tempera. Złoto płatkowe.
Tutaj dla porównania dzieło Nowosielskiego. Wizerunek Świętej Paraskewy Wielkiej Męczennicy. Po bokach widzicie sceny z jej życia. Znacie Nowosielskiego? Bardzo sobie cenie tego artystę. Wykonał ikony do kościoła pw. Świętego Ducha w Tychach. Naprawdę robi wrażenie. Serdecznie Wam polecam. Niezwykłe doznanie dla duszy znajdować się w tym miejscu w otoczeniu tych ikon. Powinnam mieć gdzieś zdjęcia to kiedyś Wam pokaże :)
Właściwie pod moim nosem, około godziny drogi busem, znajdowała się cały czas Wielka Sztuka a ja, będąc tyle razy w Krakowie, o tym nawet nie wiedziałam. Wstyd i hańba! Żeby to Wielkiej Sztuce wynagrodzić już planuję mały wypad do Krakowa na Kanoniczną. Przy okazji odwiedzimy siedzibę główną, gdzie jest akurat wystawa dzieł Rodczenki a przede wszystkim galeria sztuki użytkowej, której okazji zobaczenia nigdy nie mogę przepuścić.
Tak mniej więcej wyglądają moje plany na wakacje :) muzea, galerie i w tym roku ZAMKI, ZAMKI i znowu ZAMKI. W przerwie między praktykami. No dobrze, może się jeszcze znajdą jakieś dwa tygodnie na żagle i Mazury.
Zamieszczam Wam kilka zdjęć ikon z Pałacu Prymasa Ciołka. Wszystkie pochodzą z oficjalnej strony Muzeum Narodowego w Krakowie. Patrzcie tu.
Pozdrawiam!
Pan Doktor był przesympatyczny. Oby więcej takich egzaminów!
A ja, już po krótkim odpoczynku, biorę się za sztukę wczesnochrześcijańską. Było dla politologii, teraz będzie dla duszy. Oj, jak ja uwielbiam tą moją sztukę. Może nie jest to mój ukochany okres w dziejach sztuki, ale i tak jest to interesujące. Zacznę od symboliki, katakumb a potem już poleci i tak aż do Bizancjum. Nauka o sztuce bizantyńskiej to świetna okazja żeby poprzeglądać ulubione ikony. I niech mi już nikt nigdy w życiu nie powie, że ikoną jest każdy obrazek święty, łącznie z tym, które dostajemy w prezencie od księdza w czasie kolędy!
Ostatnio będąc w Krakowie trafiłam do oddziału Muzeum Narodowego znajdującego się w Pałacu Biskupa Ciołka. Niestety weszłam tylko do jednej sali ponieważ panie wypastowały podłogę i nie chciały nas dalej wpuścić. Uprzedzając pytania, nie, nie był to poniedziałek kiedy większość muzeów jest zamknięta.
Byłam pierwszy raz na Kanonicznej w tym muzeum i to na dodatek w jednej sali, ale muszę Wam przyznać, że to moje najnowsze odkrycie. Znajdują się tam otóż niezwykłe ikony. Niektóre z nich pochodzą nawet z XV czy XVI wieku. Pochodzą z bardzo różnych rejonów. Te najcenniejsze, staroruskie, z Karpat, ale są również tam ikony z Bałkanów, Grecji a nawet świętej góry Athos. Jest to jeden z najstarszych i najciekawszych zbiorów sztuki cerkiewnej w Europie Środkowo-Wschodniej.
To jest Mandylion z tych zbiorów. Pochodzi z końca XV wieku/ początku XVI. Jest to wizerunek Chrystusa na chuście "nie ręką uczyniony". Rozumiecie co to znaczy? Bo tak naprawdę tworzenie ikon jest dla mnie zupełnie osobnym tematem do dyskusji :) Te postacie po bokach Chrystusa to archaniołowie Rafał i Michał. Tempera. Złoto płatkowe.
Tutaj dla porównania dzieło Nowosielskiego. Wizerunek Świętej Paraskewy Wielkiej Męczennicy. Po bokach widzicie sceny z jej życia. Znacie Nowosielskiego? Bardzo sobie cenie tego artystę. Wykonał ikony do kościoła pw. Świętego Ducha w Tychach. Naprawdę robi wrażenie. Serdecznie Wam polecam. Niezwykłe doznanie dla duszy znajdować się w tym miejscu w otoczeniu tych ikon. Powinnam mieć gdzieś zdjęcia to kiedyś Wam pokaże :)
Właściwie pod moim nosem, około godziny drogi busem, znajdowała się cały czas Wielka Sztuka a ja, będąc tyle razy w Krakowie, o tym nawet nie wiedziałam. Wstyd i hańba! Żeby to Wielkiej Sztuce wynagrodzić już planuję mały wypad do Krakowa na Kanoniczną. Przy okazji odwiedzimy siedzibę główną, gdzie jest akurat wystawa dzieł Rodczenki a przede wszystkim galeria sztuki użytkowej, której okazji zobaczenia nigdy nie mogę przepuścić.
Tak mniej więcej wyglądają moje plany na wakacje :) muzea, galerie i w tym roku ZAMKI, ZAMKI i znowu ZAMKI. W przerwie między praktykami. No dobrze, może się jeszcze znajdą jakieś dwa tygodnie na żagle i Mazury.
Zamieszczam Wam kilka zdjęć ikon z Pałacu Prymasa Ciołka. Wszystkie pochodzą z oficjalnej strony Muzeum Narodowego w Krakowie. Patrzcie tu.
Pozdrawiam!
sobota, 12 maja 2012
30 dni z książką. Dzień Czwarty.
Dzień 4. Książka, która przypomina Ci o domu.
Do tego tematu, jest mi się najciężej odnieść. Wynika to głównie z tego powodu, że nadal mieszkam z rodzicami. Rzadko wyjeżdzam na dłużej niż kilka dni. Również rzadko zostaje sama w domu. Można wręcz powiedzieć, uwielbiam te dni kiedy wracam wcześniej z uczelni i w domu jest jeszcze tak pusto i cicho. Lubię te chwile, biorę książkę i zeszyt i zaszywam się w kuchni. Moje biurko jest już tak zawalone książkami, że od dawna nie mogę z niego korzystać. Zresztą, wyobraźcie sobie, studentka kierunków humanistycznych w jednym, nie za dużym pokoju, z szesnastolatką. Mamy więc tu mały chaos a ja od jakiegoś czasu spisuję wszystko na kolanach na łóżku. Siadam po turecku i tak piszę. Z kuchni korzystam tylko wtedy kiedy jestem sama. Nie ma do niej drzwi a moi Domownicy zachowują się, delikatnie powiedziawszy, dosyć głośno.
Tak więc, nie mam okazji tęsknić za domem. Dlatego opowiem Wam o książce, a właściwie serii książek, które najbardziej kojarzą mi się z domem.
Dom to dla mnie miejsce pełne ciepła, radosnego zamieszania i przepełnione zapachem dobrego obiadu, czy wyciągniętego przed chwilą z pieca ciasta. To miejsce, do którego codziennie wracam, gdzie mogę się cieszyć i płakać, gdzie mogę się dzielić swoimi uczuciami z innymi.
Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz
Pierwszą książką z tej serii, którą przeczytałam był Kwiat Kalafioru. Podczas czytania spotkałam się właśnie wtedy z takim idealnym domem. Pełno wszędzie poukładanych książek. Wiele sióstr, lepiej lub gorzej się dogadujących ze sobą. Wspaniali rodzice. Z tego obrazu od samego początku biło ciepło i miłość. Do dzisiaj pamiętam jak mama uszyła Gabrysi sukienkę albo spódniczkę z firanki na Sylwestra. W tym domu nie było zanadto pieniędzy, ale było coś ważniejszego. Bardzo mi to imponowało.
Teraz, po upływie czasu, żałuję, że my, w moim domu, się tak bardzo oddalamy od siebie. Każdy ma własne zmartwienia, kłopoty, cele, do których dąży. Wstyd przyznać, ale bywa, że wstydzę się swoich rodziców. Szczególnie mamy. Jak ona strasznie mówi po polsku i tak jakoś wulgarnie. Głośno. I wypowiada swoje uwagi na tematy, o których nic nie wie. Przeraża mnie to, jak się od nich odsuwam. Staram się temu zapobiegać, ale jest mi trudno czasem.
Właśnie dom Borejków jest dla mnie wzorem. Chcę stworzyć taki dom. Pełen ciepła, miłości i zrozumienia. Zresztą, każda książka P. Musierowicz przekazuje czytelnikowi takie pozytywne wartości.
Jest to wyjątkowo mądra seria dla młodzieży. Zwłaszcza w epoce gdzie króluje Hannah Monntana i tym podobne obrazy świata.
Ostatnio odkryłam oficjalną stronę P. Musierowicz. Dzieje się tam wiele ciekawych rzeczy. Autorka bawi się z czytelnikami w literackie gry i w ogóle przez stronę ma świetny kontakt z czytelnikami. Czasem dodaje swoje niusy, ciekawostki ze ptasiego świata i nie tylko.
Mnie najbardziej urzekły jej ilustracje i rysunki. Jestem nimi zachwycona. Także zajrzycie tutaj. Serdecznie Wam polecam!
Poniżej zamieszczam ilustrację z jej strony.
Do tego tematu, jest mi się najciężej odnieść. Wynika to głównie z tego powodu, że nadal mieszkam z rodzicami. Rzadko wyjeżdzam na dłużej niż kilka dni. Również rzadko zostaje sama w domu. Można wręcz powiedzieć, uwielbiam te dni kiedy wracam wcześniej z uczelni i w domu jest jeszcze tak pusto i cicho. Lubię te chwile, biorę książkę i zeszyt i zaszywam się w kuchni. Moje biurko jest już tak zawalone książkami, że od dawna nie mogę z niego korzystać. Zresztą, wyobraźcie sobie, studentka kierunków humanistycznych w jednym, nie za dużym pokoju, z szesnastolatką. Mamy więc tu mały chaos a ja od jakiegoś czasu spisuję wszystko na kolanach na łóżku. Siadam po turecku i tak piszę. Z kuchni korzystam tylko wtedy kiedy jestem sama. Nie ma do niej drzwi a moi Domownicy zachowują się, delikatnie powiedziawszy, dosyć głośno.
Tak więc, nie mam okazji tęsknić za domem. Dlatego opowiem Wam o książce, a właściwie serii książek, które najbardziej kojarzą mi się z domem.
Dom to dla mnie miejsce pełne ciepła, radosnego zamieszania i przepełnione zapachem dobrego obiadu, czy wyciągniętego przed chwilą z pieca ciasta. To miejsce, do którego codziennie wracam, gdzie mogę się cieszyć i płakać, gdzie mogę się dzielić swoimi uczuciami z innymi.
Jeżycjada, Małgorzata Musierowicz
Pierwszą książką z tej serii, którą przeczytałam był Kwiat Kalafioru. Podczas czytania spotkałam się właśnie wtedy z takim idealnym domem. Pełno wszędzie poukładanych książek. Wiele sióstr, lepiej lub gorzej się dogadujących ze sobą. Wspaniali rodzice. Z tego obrazu od samego początku biło ciepło i miłość. Do dzisiaj pamiętam jak mama uszyła Gabrysi sukienkę albo spódniczkę z firanki na Sylwestra. W tym domu nie było zanadto pieniędzy, ale było coś ważniejszego. Bardzo mi to imponowało.
Teraz, po upływie czasu, żałuję, że my, w moim domu, się tak bardzo oddalamy od siebie. Każdy ma własne zmartwienia, kłopoty, cele, do których dąży. Wstyd przyznać, ale bywa, że wstydzę się swoich rodziców. Szczególnie mamy. Jak ona strasznie mówi po polsku i tak jakoś wulgarnie. Głośno. I wypowiada swoje uwagi na tematy, o których nic nie wie. Przeraża mnie to, jak się od nich odsuwam. Staram się temu zapobiegać, ale jest mi trudno czasem.
Właśnie dom Borejków jest dla mnie wzorem. Chcę stworzyć taki dom. Pełen ciepła, miłości i zrozumienia. Zresztą, każda książka P. Musierowicz przekazuje czytelnikowi takie pozytywne wartości.
Jest to wyjątkowo mądra seria dla młodzieży. Zwłaszcza w epoce gdzie króluje Hannah Monntana i tym podobne obrazy świata.
Ostatnio odkryłam oficjalną stronę P. Musierowicz. Dzieje się tam wiele ciekawych rzeczy. Autorka bawi się z czytelnikami w literackie gry i w ogóle przez stronę ma świetny kontakt z czytelnikami. Czasem dodaje swoje niusy, ciekawostki ze ptasiego świata i nie tylko.
Mnie najbardziej urzekły jej ilustracje i rysunki. Jestem nimi zachwycona. Także zajrzycie tutaj. Serdecznie Wam polecam!
Poniżej zamieszczam ilustrację z jej strony.
czwartek, 19 kwietnia 2012
30 dni z książką. Dzień Trzeci
Witajcie!
Ciężki dzień za mną. Dziesięć godzin zajęć to nie dla mnie. W ogóle wstawanie cały tydzień o 6 jest nie dla mnie. Przyznaję, uciekłam z ostatniego wykładu. Pan Doktor mówi, że nas za dużo chodzi a on nie lubi w auli. To sobie wzięłam to do serduszka. Nie powiem żeby mnie prawo własności intelektualnej w jego wykonaniu jakoś szczególnie interesowało. 90 minut dyktowania fragmentów ustawy... Dziękuję, przeczytam w domu. Pod kocykiem, z kubkiem zielonej herbaty.
Dzisiaj jest kolejny dzień mojej listy 30 dni z książką.
Dzień 3. Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła.
Może tym razem Was zaskoczę książką, którą wybrałam. Nie będzie to bestseller. O dziwo, odwołam się do lektury. Wspominałam już, że przeczytałam ich niewiele. Zawsze bardzo dokładnie je selekcjonowałam przed przeczytaniem. Możecie to nawet nazwać zwykłym, pospolitym lenistwem i olewactwem, ale nigdy nie lubiłam być przymuszana do czytania książek. Nie jest to godne podziwu, ale nie przeczytałam nic Sienkiewicza, oprócz Janko Muzykanta i W pustyni i puszczy (wtedy jeszcze czytałam to co kazali).
Więc dzisiaj lektura. Lalka. Bolesław Prus. Ukazywała się w odcinkach na łamach "Kuriera Codziennego" w latach 1887-89. Podobno od początku wzbudzała kontrowersje. Co zresztą jakoś szczególnie nie dziwi, kiedy bierze się pod uwagę obraz społeczeństwa, który stworzył Prus. Myślę, że nikt nie chce (a już na pewno nie warszawska arystokracja) żeby go krytykowano. I to do tego w tak otwarty sposób.
Powieść mnie zaskoczyła.
Szczerością.
Odwagą.
Refleksyjnością.
Połączeniem wątków miłosnych z politycznymi.
Zaangażowaniem społecznym.
Ukrytymi znaczeniami. Dwuznacznością.
Słowem. Narracją.
Zakończeniem.
Po przeczytaniu tej powieści mogłam spojrzeć na historię naszego państwa z innego punktu widzenia. Pomogła mi ona zrozumieć wiele procesów. I oczyściła, w moich oczach, społeczność polską z tego wyidealizowanego obrazu Polaków Patriotów, o których tak strasznie nas uczyli w szkole. Zobaczyłam, że arystokracja z lat 80-tych XIX wieku niczym się nie różniła od naszych dzisiejszych bogatych ludzi na świeczniku, dla których najważniejszy jest własny interes.
Podoba mi się, kiedy sztuka jest zaangażowana społecznie. Ma to dla mnie sens. Właśnie dlatego, władze państw komunistycznych wspierały sztukę abstrakcyjną, nieprzedstawiającą. O ile, dla Malewicza czarny kwadrat na białym tle nie był tak zupełnie bez znaczenia, to dla pospólstwa nic nie oznaczał. I o to chodziło. Nie było niebezpieczeństwa krytyki władz czy nawoływania do buntu przez sztukę.
Nie chce tu krytykować sztuki abstrakcyjnej, ale przykre jest, że tak była wykorzystywana. Bo przecież jakąś sztuką trzeba ludzi karmić.
Pozdrawiam!
Ciężki dzień za mną. Dziesięć godzin zajęć to nie dla mnie. W ogóle wstawanie cały tydzień o 6 jest nie dla mnie. Przyznaję, uciekłam z ostatniego wykładu. Pan Doktor mówi, że nas za dużo chodzi a on nie lubi w auli. To sobie wzięłam to do serduszka. Nie powiem żeby mnie prawo własności intelektualnej w jego wykonaniu jakoś szczególnie interesowało. 90 minut dyktowania fragmentów ustawy... Dziękuję, przeczytam w domu. Pod kocykiem, z kubkiem zielonej herbaty.
Dzisiaj jest kolejny dzień mojej listy 30 dni z książką.
Dzień 3. Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła.
Może tym razem Was zaskoczę książką, którą wybrałam. Nie będzie to bestseller. O dziwo, odwołam się do lektury. Wspominałam już, że przeczytałam ich niewiele. Zawsze bardzo dokładnie je selekcjonowałam przed przeczytaniem. Możecie to nawet nazwać zwykłym, pospolitym lenistwem i olewactwem, ale nigdy nie lubiłam być przymuszana do czytania książek. Nie jest to godne podziwu, ale nie przeczytałam nic Sienkiewicza, oprócz Janko Muzykanta i W pustyni i puszczy (wtedy jeszcze czytałam to co kazali).
Powieść mnie zaskoczyła.
Szczerością.
Odwagą.
Refleksyjnością.
Połączeniem wątków miłosnych z politycznymi.
Zaangażowaniem społecznym.
Ukrytymi znaczeniami. Dwuznacznością.
Słowem. Narracją.
Zakończeniem.
Po przeczytaniu tej powieści mogłam spojrzeć na historię naszego państwa z innego punktu widzenia. Pomogła mi ona zrozumieć wiele procesów. I oczyściła, w moich oczach, społeczność polską z tego wyidealizowanego obrazu Polaków Patriotów, o których tak strasznie nas uczyli w szkole. Zobaczyłam, że arystokracja z lat 80-tych XIX wieku niczym się nie różniła od naszych dzisiejszych bogatych ludzi na świeczniku, dla których najważniejszy jest własny interes.
Nie chce tu krytykować sztuki abstrakcyjnej, ale przykre jest, że tak była wykorzystywana. Bo przecież jakąś sztuką trzeba ludzi karmić.
Pozdrawiam!
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
30 dni z książką. Dzień Drugi
Dzień Drugi. Książka, którą lubisz najmniej.
Tym razem również nie było łatwo dokonać wyboru. Chociaż z zupełnie innego powodu. Pamiętam niewiele książek, które mi się nie spodobały. Być może wynika to z tego, że nie mam potrzeby ich pamiętania, bo nic nie wniosły do mojego życia. Jestem pewna, że trafiłam na książki, które spodobałyby mi się mniej lub nie spodobały wcale. Z swoich rozważań wykluczyłam lektury szkolne. Omijając fakt, że nie wiele ich przeczytałam, to jak już którąś przeczytałam, to raczej z musu niż dla tego, że sama chciałam.
Wykluczyłam też książki, o których po pierwszym rozdziale wiedziałam, że ich nie przeczytam (np. powieści Tolkiena). Opisuje tylko te książki, które przeczytałam do ostatniej strony.
Wybierając książkę na dzisiaj posłużyłam się taktyką, że to co lubię najmniej nie jest tym co nie lubię. Także to co teraz tutaj napiszę, nie jest w żadnym wypadku antyrecenzją.
Klucz Sary, Tatiana de Rosnay
Jest to na pewno wzruszająca opowieść. O żydowskiej dziewczynce, która schroniła braciszka w schowku i zamknęła na klucz. Wraz z rodzicami została zabrana na stadion Vel' d'Hiv. Chłopiec został w schowku.
Sama historia jest bardzo ciekawa i poruszająca. Jednak mnie w odbiorze przeszkadzała amerykańska kobieta, która tą historię odkrywała. Często jej problemy małżeńskie stanowiły główny wątek a historia nieszczęśliwej Sary tylko tło. To poplątanie teraźniejszości z 1942 roku pozbawiało powieść klimatu i sprawiało, że mimo wszystko nie mogłam się tak naprawdę, szczerze wzruszyć tą historią. Nie umiałam również zżyć się z żadną z bohaterek. Ani Sarą ani dziennikarką Julią. A już wiecie, że bardzo łatwo się przyzwyczajam i przyjaźnię z literackim bohaterami.To połączenie wątków dało książce banalnego charakteru.
Czytając Dziennik Anny Frank płakałam jak bóbr a tutaj mimo podobnej wagi dramatu ledwie się wzruszyłam.
Jednak to tylko moja opinia. Jeśli macie inne zdanie o tej książce to zapraszam to podzielenia się nim.
W 2010 roku powstał film na podstawie tej książki. Mam nadzieję, że uda mi się gdzieś go zdobyć i zobaczyć.
Pozdrawiam
Tym razem również nie było łatwo dokonać wyboru. Chociaż z zupełnie innego powodu. Pamiętam niewiele książek, które mi się nie spodobały. Być może wynika to z tego, że nie mam potrzeby ich pamiętania, bo nic nie wniosły do mojego życia. Jestem pewna, że trafiłam na książki, które spodobałyby mi się mniej lub nie spodobały wcale. Z swoich rozważań wykluczyłam lektury szkolne. Omijając fakt, że nie wiele ich przeczytałam, to jak już którąś przeczytałam, to raczej z musu niż dla tego, że sama chciałam.
Wykluczyłam też książki, o których po pierwszym rozdziale wiedziałam, że ich nie przeczytam (np. powieści Tolkiena). Opisuje tylko te książki, które przeczytałam do ostatniej strony.
Wybierając książkę na dzisiaj posłużyłam się taktyką, że to co lubię najmniej nie jest tym co nie lubię. Także to co teraz tutaj napiszę, nie jest w żadnym wypadku antyrecenzją.
Klucz Sary, Tatiana de Rosnay
Jest to na pewno wzruszająca opowieść. O żydowskiej dziewczynce, która schroniła braciszka w schowku i zamknęła na klucz. Wraz z rodzicami została zabrana na stadion Vel' d'Hiv. Chłopiec został w schowku.
Sama historia jest bardzo ciekawa i poruszająca. Jednak mnie w odbiorze przeszkadzała amerykańska kobieta, która tą historię odkrywała. Często jej problemy małżeńskie stanowiły główny wątek a historia nieszczęśliwej Sary tylko tło. To poplątanie teraźniejszości z 1942 roku pozbawiało powieść klimatu i sprawiało, że mimo wszystko nie mogłam się tak naprawdę, szczerze wzruszyć tą historią. Nie umiałam również zżyć się z żadną z bohaterek. Ani Sarą ani dziennikarką Julią. A już wiecie, że bardzo łatwo się przyzwyczajam i przyjaźnię z literackim bohaterami.To połączenie wątków dało książce banalnego charakteru.
Czytając Dziennik Anny Frank płakałam jak bóbr a tutaj mimo podobnej wagi dramatu ledwie się wzruszyłam.
Jednak to tylko moja opinia. Jeśli macie inne zdanie o tej książce to zapraszam to podzielenia się nim.
W 2010 roku powstał film na podstawie tej książki. Mam nadzieję, że uda mi się gdzieś go zdobyć i zobaczyć.
Pozdrawiam
Subskrybuj:
Posty (Atom)




