Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecane. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 marca 2013

Tajemniczy uśmiech tajemniczej kobiety

 Leonardo nic nie powiedział. Zamknął oczy i pożałował, że nie zginął w katastrofie. Miał nadzieję, że będzie wychwalany za wspaniały lot, a zamiast tego wypadnie mu znosić ludzkie docinki, szyderstwa. Znowu los odmówił mu triumfu jego geniuszu. Znowu mu się nie powiodło- i nie z jego winy. Nigdy nie zadziwi świata: urodził się pechowcem.

Zacznijmy o tego, że w życiu i twórczości Leonarda wielu krytyków, historyków sztuki, czy po prostu pasjonatów doszukuje się niestworzonych intryg, zabarwień symbolicznych i innych, dla mnie niezwykle naciąganych, historii. Dan Brown pisze swój Kod Leonarda da Vinci. Po czym pojawiają się kolejne publikacje mające na celu potwierdzić bądź zanegować jego tezy. Nie jestem historykiem sztuki, póki co. Nie przeczytałam nawet Vasariego w całości. Dlatego nie mnie oceniać i tak głęboko analizować jego, dosyć nieliczne dzieła.
Wśród tego natłoku literatury podejmującej próby opowiedzenia jego losów w formie ciekawej i popularnej prozy, myślę, że Pierre La Mure ujmuje temat w sposób tak spokojny, wolny od intryg i prosty, że stanowi przyjemną, choć zapewne nudniejszą, odskocznię.

Jeśli myślicie, że czytając Prywatne życie Mony Lisy, z wypiekami na twarzy będziecie śledzić losy skandalistki opowiedziane z najdrobniejszymi i najpikantniejszymi szczegółami, zapewne towarzyszyć będzie Wam nuta rozczarowania i goryczy. A przecież tytuł intryguje. Mówi: Czytelniku, czytaj, poznasz prywatne życie Mona Lisy. Przecież to niezwykle intrygująca kobieta. Jesteś ciekaw, prawda Czytelniku?




Cała powieść to zaledwie 500 stron. Na opowiedzenie historii jednej kobiety, całkiem sporo. Na przeniesienie czytelnika w świat renesansowej Florencji, przedstawienie postaci Leonarda, zapoznanie nas z wszystkimi wielkimi rodami florenckimi, których roli w dziejach sztuki nie należy negować, no i jeszcze ci wszyscy papieże oraz historie o tym, jak stali się głowami Kościoła... Sami dokończcie tą myśl. Autor podejmuje sporo wątków. Nieco karkołomne wzywanie.

Przygotowując post przejrzałam kilka innych recenzji tej powieści. Zawsze obiecuje sobie, że nie będę tego robić, co by się nie sugerować, jednak bywa, że ciekawość zwycięży. Najczęściej powtarzającym się zarzutem wobec La Mure była właśnie ta wielowątkowość, w której gubi się historia naszej tytułowej bohaterki. Jednak życie codzienne florenckiej społeczności jest ukazane z dużym wdziękiem i poczuciem humoru. Uśmiech na mojej twarzy wywoływał opis przygotowań do narodzin dziecka, reakcja na jego płeć, czy poranne wstawanie dziadka Giocondy. Wprowadzenia w kontekst polityczno-społeczny wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Czasem bywały niezbędne do zrozumienia znaczenia wydarzeń a czasem, po prostu je pomijałam.

Leonardo da Vinci. La Mure zachwiał mój obraz tego artysty. Jestem pewna, że mocno przerysował jego postać. Fakt, pozostawił niewiele dzieł. Dużo kombinował, czego skutkiem jest stan Ostatniej Wieczerzy, nie wywiązywał się z umów. Całe jego życie było ucieczką. Żył w swoim świecie, kroił zwłoki dla poznania anatomii. Marzył o lataniu. Zaczynał i nie kończył. Był przekonany o swojej wyższości i geniuszu. Nazywał się architektem, chociaż niczego nie wybudował, rzeźbiarzem chociaż nigdy nie rzeźbił. Marzył i żył tymi swoimi mrzonkami. Gadał i nie robił. Jednak nie to wszystko było dla mnie najgorsze. Najgorsze było to, że Leonardo wykreowany przez La Mure, nie cierpiał malować. Robił to tylko wtedy kiedy musiał i nie miał już naprawdę za co żyć. Marnotrawstwo niezwykłego talentu?

Mona Lisa. Kim była? Kto zamówił jej portret? Pewnie La Mure kreował jej postać na tekstach Vasariego. Wysuwa dosyć odważną tezę. Albo, lepiej będzie powiedzieć, wymyśla ciekawą historię. Nie zapominajmy, że jest powieść a nie analiza, czy biografia. Nie będę egoistką i nie powiem Wam, jak historię stworzył dla tej tajemniczej damy autor.


Prywatne życie Mona Lisy czytałam całe wieki, wielokrotnie przerywając, by, po nawet kilku tygodniach, wracać do historii Giocondy. Lubię tego typu powieści, bo chociaż bywają zupełną bajką i trzeba mieć do nich duży dystans, pobudzają do myślenia i szukania odpowiedzi na pytanie: jak to było naprawdę?. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Idę do naszej nowej czytelni, biorę z półek wszystko na temat Leonarda i przeglądam. Szukam i poznaję.




*Coraz częściej przyłapuję się na tym, że czytając książkę, dużo myślę o tym, co powinnam o niej napisać. I chociaż jestem trochę do tyłu z postami, to niezwykle ciężko jest mi ją odnieść do biblioteki dopóki czegoś nie napiszę.


czwartek, 31 stycznia 2013

Jak uczyć się sztuki. Część I.

Dzisiaj będzie o książkach, jednak tak trochę nietypowo. Zazwyczaj nie opisuję książek, które towarzyszą mi na co dzień, czyli związanych ze sztuką. Nie robię tego, bo raczej nie ma takiego zapotrzebowania i zainteresowania tym. A jeśli już, to ograniczam się do biografii bądź książek bardziej, jak ja to nazywam "sfabularyzowanych". Tak więc, teraz, mały wyjątek.

Być może to, co teraz napiszę przyda się tym, którzy obecnie się przygotowują do matury z historii sztuki. Post powstaje dlatego, że sama miałam z tym problem kilka lat temu. Studia nauczyły mnie korzystać z bibliografii i wyszukiwać interesujących mnie książek. Jednak przyznaję, w liceum, nie bardzo wiedziałam co zrobić z kilkustronicową literaturą podaną przez nauczycielkę. Gdzie znaleźć? Co z tego wybrać? Która najlepsza? Już nie wspomnę, jaki miałam mętlik w głowie, kiedy chciałam znaleźć coś o konkretnej epoce bądź kierunku. Trzeba było znaleźć coś, co nie będzie tylko i wyłącznie albumem lub przewodnikiem dla turystów a nie będzie również przeładowane informacjami i zapakowane w hermetyczne słownictwo. Nie czarujmy się też, że książki o tej tematyce są super łatwo dostępne i tanie. Ale po kolei.

Czyli:

Z czego korzystać przygotowując się do matury z historii sztuki?

1. Opracowania ogólne, gdzie wszystkie epoki od pradziejów są potraktowane przekrojowo, jednak wpakowane są w jeden lub dwa tomy. Szczerze powiedziawszy, myślę, że do matury zdecydowanie wystarczają takie opracowania. Nawet teraz, na studiach wracam do tych pozycji, gdy chcę coś na szybko powtórzyć, albo ładnie podsumować ogólny sens stylu, kierunku czy całej epoki. Jest ich kilka. Są lepsze i gorsze. Warto wybrać jedno lub dwa i mieć je zawsze pod ręką. Jeśli faktycznie zamierzacie zdawać maturę z historii sztuki, warto zainwestować, w którąś z tych książek, bo i tak będziecie z niej korzystać przez całe dwa lata przygotowań.

Zacznę od tej, z której ja się uczyłam. Wtedy myślałam, że jest to jedyny "podręcznik" do historii sztuki. Potem okazało się, że jest tego zdecydowanie więcej i są dużo lepsze. Jednak to była moja baza.

Barbara Osińska, Sztuka i czas, dwa tomy

Zaletami tej książki są: prosty język, czytelny układ, treściwość, oszczędność w opisach, konkretność i cena. Piszę cena, bo chociaż nowe wydawania to faktycznie kwestia ok. 70 złotych od tomu (co i tak nie jest dużo, jak na publikacje o sztuce), to stare wydania można kupić za grosze w antykwariatach lub na allegro. Treść pozostaje niezmienna bez względu na rok wydania. Starsze wydania nie są co prawda tak pięknie wydane, jednak nie liczmy, że w książce znajdziemy cały kanon dzieł. I tak większość trzeba wyszperać w Internecie.




Jan Białostocki, Sztuka cenniejsza niż złoto

Profesor Białostocki był naprawdę wybitnym historykiem sztuki i jego książki czyta się z największą przyjemnością. Jednak, o ile w Osińskiej, książka jest wyraźnie podzielona na rozdziały, podrozdziały i jeszcze różne inne podczęści, przez co bardzo szybko i łatwo się  z niej uczy, to Sztuka cenniejsza niż złoto, to dużo dłuższe rozdziały, więcej filozofowania na temat sensu dzieł i artystów. Przez to, przynajmniej dla mnie, była dużo ciekawsza. Nie polecam, jednak na szybkie powtórki przed sprawdzianem, albo kilka dni przed samą maturą. Na pewno nie jest to wiedza w pigułce. Chociaż, i tak na 740 stronach zmieścić całe dzieje sztuki?
Zalety: dużo ciekawych informacji, sprawdzone, rzetelne informacje, przystępny język.



Michaił Ałpatow, Historia Sztuki, 4 tomy

Do tej pozycji mam mieszane uczucia. Ałpatow to rosyjski historyk sztuki. Specjalista, zwłaszcza, sztuki ruskiej. W Polsce jego książki wydawane były w latach 70-tych. Autor nawet na świat sztuki przenosi pewne myślenie ideologiczne i po prostu... dużo specyficznej, aczkolwiek subtelnej, propagandy w tym wszystkim. Podobno wszystkie dzieci dostawały Ałpatowa na gwiazdkę, wiadomo kiedy. Pewnie dlatego dzisiaj jest wszechdostępny. Próbowałam czytać Ałpatowa, jak dla mnie ciężki język, dużo zbędnych opisów. Z założenia miała to być książka dla osób nie mających wcześniej kontaktu ze sztuką. Faktycznie, brak specjalistycznych pojęć, ale ten styl pisania mnie wykończył po pierwszych kilku stronach. Ogólnie jestem na nie, ale tak jak mówię, do książki jest bardzo łatwy dostęp. No i można kupić za grosze.








E.H Gombrich, O sztuce

Zdecydowanie moja ulubiona. Mniej więcej podobne cechy do Białostockiego. Czyli zdecydowanie nie na szybkie powtórki. Za to bardzo ciekawa, dużo informacji, wyjaśnień: DLACZEGO. To jest dosyć istotne w sztuce. Tego nie miała Osińska. Świetnie się czyta. Polecam nie tylko maturzystom, ale także wszystkim "ignorantom" sztuki. Z chęcią wracam do tej książki. Tak po prostu, poczytać.




Maria Rzepińska, Siedem wieków malarstwa europejskiego

Jeśli chodzi o to opracowanie, to zamieszczam je tutaj z kilku powodów, chociaż od razu zaznaczam, że nie przeczytałam tej książki. Mam ją na stosie do przeczytania i na pewno do niej zajrzę w ciągu najbliższych dni. A wymieniam ją, bo jest opracowaniem ogólnym, Rzepińska potrafi czytelnika zainteresować tematem i zainspirować a także zmusić do myślenia. O tym się przekonałam czytając Historię koloru, o której to za chwilę.

Maria Rzepińska, Historia koloru

Czy zauważyliście, że średniowieczne witraże w największych częściach składają się z błękitów i czerwieni? A czy, nie wydaje się Wam, że pewne kolory w sąsiedztwie innych barw dają zupełnie inne wrażenie niż towarzysząc innym barwom? Książka wyjaśniająca wiele niezwykłych zjawisk w sztuce związanych z kolorem i światłem. Poza tym, problemy barw omówione dla każdego stylu po kolei. Pozycja raczej nie nadaje się na wiodący podręcznik, ze względu na to, że skupia się głównie na kolorze. Jednak jako uzupełnienie polecam Wam jak najbardziej!


Jesse Wilder, Historia sztuki dla bystrzaków

Bardzo Was proszę, nie traktujcie tej książki jako jedynego źródła wiedzy. Nie jest to absolutnie podręcznik. Jest to naprawdę ciekawa książka, ale: na pierwszy kontakt ze sztuką (jeśli chcecie zarazić bliskich, znajomych miłością, entuzjazmem do sztuki, coś o tym wiem, to śmiało polecajcie im tą książkę!), jako lekka lektura na dobranoc, przed snem, w autobusie jadąc do szkoły.
Kiedy sięgam po nią? Gdy przygotowuję referat na zajęcia i chcę obudzić kolegów i błysnąć jakąś anegdotką ze świata sztuki. O tak, w anegdotki to ta książka jest przebogata.





Sztuka świata, Arkady, 16 tomów

Na koniec perełka. 16 pięknie wydanych książek o sztuce. Oczywiście nie przeczytałam wszystkich i nawet nie mam wszystkich w domowych zbiorach, chociaż nie ukrywam, że jest to moje ciche marzenie. Póki co kupuję na allegro te tomy, które w danym czasie mnie interesują. Lubię je przeglądać przed egzaminem, dla powtórki i utrwalenia. Dużo zdjęć dobrej jakości i konkretny tekst, bez przysłowiowego lania wody i rozdrabniania się nad szczegółami. Chociaż nie jest to pozycja obowiązkowa, zachęcam Was do przeglądania, czytania opisów nad ilustracjami lub konkretnych fragmentów, np. o jakimś malarzu, czy nawet samym obrazie. Każdy tom jest podzielony na jasno opisane rozdziały i podrozdziały, więc bardzo łatwo się odnajdziecie. Seria nie należy do najtańszych, każdy tom kosztuje od 80 złotych, chociaż czasem się trafi, któryś z tomów na allegro już od 30 złotych (tak tak ciągle poluje). Też nie ma co liczyć, że w któreś bibliotece dostaniecie je do domu, ale po co są te wszystkie okienka w szkole? Zapytajcie w bibliotece szkolnej, czy jest do nich dostęp i korzystajcie!








Jeśli chodzi o mnie, to tyle na dziś. Powstanie jeszcze post o innych "niezbędnikach", z którymi się właściwie nie rozstaję. Czasem dochodzi do sytuacji, że cały czas noszę w torebce Słownik sztuk pięknych. Jednak o tym, innym razem.

A jak wygląda Wasz kanon literatury o sztuce? Z czego korzystacie przygotowując się do matury z tego przedmiotu? Wszelkie sugestie w temacie, mile widziane.

Pozdrawiam!


---------------------
Edycja: Nie mam pojęcia czemu jest taka mała czcionka, ale nie potrafię tego zmienić.

wtorek, 15 stycznia 2013

O pewnej wędrującej książce...

Uwaga Uwaga! Dzięki uprzejmości Pewnego Miłego Kota książka ruszyła w świat. Więc jeśli chcesz, w najbliższym, jednak bliżej nie określonym, czasie, to masz okazję przeczytać:


 Zasady są proste. Wraz z recenzją znajdziecie je u Kasi Sawickiej. Zapisy również u Kasi.
Pozdrawiam!

wtorek, 25 grudnia 2012

Książki mojego dzieciństwa...

W ten Bożonarodzeniowy wieczór będzie nieco sentymentalnie.
Magda z kubkiem zielonej herbaty, co by nie zasnąć. Z brzuchem pełnym. Nieco zdziwionym, że da w siebie tyle wcisnąć po tylu tygodniach zadowalania się śladowymi ilościami jedzenia. Stres związuje żołądek i koniec kropka. A dzisiaj jest luz. Babcia do czwartku w domu. Na kilka dni mogłam wrócić do mojego pokoju. Do mojego kąta. Moich książek i mojego bałaganu. Jest cisza. Nie muszę oglądać ogłupiającej telewizji i słuchać setny raz tej samej historii. Tyle słowem wstępu, aby wszyscy wiedzieli, że jest dobrze.
Serce się też goi. Trochę to jeszcze potrwa, ale jest nadzieja.

W ten Bożonarodzeniowy wieczór o książkach mojego dzieciństwa.

Nie pamiętam, kiedy to wszystko się zaczęło. A przynajmniej, dzisiaj nie jestem  już pewna, czy był to dłuższy proces, czy przeważyła ta moja pierwsza wizyta w bibliotece. Pewne jest, że musiałam już umieć czytać, skoro zaprowadzono mnie do biblioteki. Myślę, że  moją miłość do książek zawdzięczam dwóm bliskim mi osobom, które tego dnia pokazały mi to miejsce pełne czarów i magii, niestworzonych historii i niezwykłych bohaterów. Nie umniejszając niczyjej roli w moim życiu, czasem wydaje mi się, że są to najważniejsze  i najbliższe mi osoby.

Jednak doskonale pamiętam pierwszą książkę, którą przeczytałam samodzielnie. Były to Przygody Filonka Bezogonka
Gdy tylko zaczęłam sama czytać, stało się tradycją, że co roku dostawałam na Gwiazdkę książkę. Pierwszą był, dla mnie już kultowy, Plastusiowy Pamiętnik Marii Kownackiej. Plastuś bardzo przypadł do gustu również Młodszej Siostrze, wtedy zupełnie maleńkiej, która dosyć szybko dorwała książkę i pomiziała ją farbkami. Książka została przeze mnie przeczytana jeszcze w Wigilię, ale i tak mile ją wspominam.


A teraz moja najukochańsza książka z dzieciństwa. Czytałam już ją tyle razy, że w pewnym momencie swojego życia pamiętałam kilka pierwszych rozdziałów na pamięć. Dzisiaj często w chwilach smutku, niepewności, kiedy potrzebuję pocieszenia i przytulenia, wracam do tej cudownej historii o dzieciach z Bullerbyn. Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren to niezwykle przyjemna powieść, pełna ciepła i przyjaźni. Nigdy nie zawodzi i jest dobra na każdy smutek. Mogłabym ją podarować każdemu. Nie tylko dziecku. To taki powrót do szczęśliwego dzieciństwa. Pierwszy raz przeczytałam ją w takim wydaniu, jak na zdjęciu poniżej. Mniej więcej była nawet w podobnym stanie. Później dostałam swój egzemplarz, który dzisiaj zajmuje honorowe miejsce na mojej półce.


Ostatnio, robiąc gwiazdkowe zakupy znalazłam w matrasie świetne wydanie baśni braci Grimm. Takie czerwone, niezwykle eleganckie i bardzo grube. Mój, ponad pięćdziesięcioletni egzemplarz nie prezentuje się tak okazale. Jest w nim zaledwie kilka baśni, jednak moich ulubionych, w tym o księżniczce i złotej kuli, no i oczywiście Titelitury. Znacie te baśnie?


Staram się znaleźć fotografie takich wydań książek, o których Wam teraz opowiadam, które sama przeczytałam, jednak z baśniami, jest to bardzo trudne, jak już wspomniałam wydanie ma na pewno więcej niż pięćdziesiąt lat. Jak je wygrzebie z półki i będzie lepsze światło, zrobię zdjęcie.

Nie pogardziłabym takim pięknym wydaniem baśni braci Grimm :) To jedna z tych książek, do których człowiek, nawet duży i dorosły, wraca i zawsze odnajduje coś mądrego.

Z ogromnym sentymentem wspominam również Akademię Pana Kleksa Jana Brzechwy. Chociaż tą książkę czytałam tylko raz i już nigdy do niej nie wróciłam, poza krótkim przypomnieniem, gdy była zadana jako lektura w starszych klasach podstawówki, świetnie ją pamiętam. Pan Kleks chyba już na zawsze będzie kojarzył mi się z Piotrem Fronczewskim. Zresztą, jak wracam do wierszy Brzechwy, to, zawsze w głowie mam ich "filmową" wersję.



Niemal zupełnie bym teraz zapomniała o książce, którą wiele razy próbowałam przeczytać zanim mi się to w końcu udało. A jak przeczytałam raz, to potem jeszcze jeden raz i jeszcze raz... A za każdym razem tak samo płakałam. Nie jestem pewna, czy gdybym w tym momencie sięgnęła po nią, czy nie płakałabym po raz kolejny. Mała Księżniczka Frances Hodgson Burnett trafiła do mojego domu zupełnie przypadkiem i została w nim na stałe.


Kolejna książka mojego dzieciństwa to Karolcia Marii Kruger. Mile wspominam tą opowieść o niebieskim koraliku. I była jeszcze druga część opowieści o Karolci, jak dobrze pamiętam...


I znowu klasyka. Czyli Tajemniczy Ogród Frances Hodgson Burnett. To jedna z pierwszych książek, do której przeczytania zachęcił mnie film. Z reguły najpierw czytałam książkę a potem ewentualnie oglądałam film. W tym przypadku kolejność była odwrotna.Ta opowieść również mnie wówczas urzekła. Miałam wtedy pewnie z dziewięć lat. Może trochę mniej.


Obiecałam sobie, że zmieszczę się w dziesięciu książkach. Także zbliżam się ku końcowi. 

O Ani mogłam czytać godzinami. Przeczytałam wszystkie części. Nie mam pojęcia, ile ich było, ale chyba całkiem sporo. Ciekawe jest, że nawet moja Prababcia (swoją drogą, mam nawet po niej imię) również doskonale pamięta tą książkę ze swojego dzieciństwa. Jednak ona wspomina głównie jakąś historyjkę o płukaniu ściereczki po myciu naczyń a ja... pamiętam jak grała Ofelię, zafarbowała sobie włosy na zielono albo jak sprzeczała się z Gilbertem, ale uwag Maryli o płukaniu ściereczki nie pamiętam...



Ostatnia, co nie znaczy, że najmniej lubiana. Wręcz przeciwnie. Czytając po nocach, trochę po kryjomu, płakałam ze śmiechu. Piszę, że trochę po kryjomu, bo często miewałam szlaban... na czytanie... Był to chyba jedyny sposób żeby mnie do czegoś zmusić...
Jeśli chodzi o książki Kornela Makuszyńskiego, to mile wspominam również Awanturę o Basię. Jednak, w konkursie na ulubioną, zdecydowanie wygrywa O dwóch takich, co ukradli księżyc. Pouczająca, zabawna, z morałem.




A gdy troszkę podrosłam, poznałam Jeżycjadę, Harrego Pottera i inne niezwykle ciekawe powieści, ale o nich innych razem. 

Tak wyglądają książki, które ja czytałam prawie piętnaście lat temu. Są to naprawdę, wyjątkowo mądre i ciekawe książki. Zajmują ważne miejsce w kształtowaniu się mojego literckiego gustu a także częściowo moich wartości i pierwszych spojrzeń na świat.  Nie mam pojęcia, czy dzisiaj dzieci wiedzą, kto to jest Makuszyński albo Maria Kruger. Nie wiem, czy rodzice zachęcają swoje dzieci do czytania. Znam niestety wiele osób, nawet bardzo bardzo inteligentnych, które nigdy dla przyjemności same z siebie nie przeczytały żadnej powieści. Więc pewnie dzieciom też nie będą czytać... A wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie...

A jakie są Wasze ukochane książki z dzieciństwa?

czwartek, 27 września 2012

o Kolejce...

Nie, to nie to, że moje wpisy nagle zaczęły się cieszyć takim powodzeniem wśród internetowej społeczności, ale chyba ktoś cały dzień siedzi i odświeża mój zapiśnik.

Dzisiaj o kolejce :)

Od dobrych kilku lat, kolejka towarzyszy mi zawsze. A to już się tak ciągnie chyba od końca gimnazjum albo liceum, w każdym razie od momentu jak zaczęłam wszystko układać w kolejkę. Dzieje się to mniej więcej tak. Jestem w księgarni i widzę świetną książkę. Za jedyne 10 złotych. Akurat jest promocja i już widzę, że ostatnie egzemplarze. No więc, biorę. Idę do następnej księgarni, świąteczna promocja na nowości. Wszystkie 30 % taniej. Układam list do Mikołaja i Dzieciątka jednocześnie. W ten sposób do moich zasobów trafia przez święta kilka perełek. Do tego dochodzą moje urodziny. Jeszcze Kraków. Przynajmniej dwa razy w roku odwiedzamy Kraków. Z reguły wtedy, kiedy dzieją się tam ciekawe rzeczy, są interesujące mnie wystawy. Zawsze wracam stamtąd z kilkoma książkami lub albumami.
Prawie bym zapomniała o bibliotece, z której też wychodzę z paroma pozycjami. (Wiem, uzależnienie. Jednak lepsze to od np. kleptomanii.)

Ale wiadomo, nie samą literaturą człowiek żyje. Tak więc, nauka. Uwielbiam studiować sztukę. Jednak nie zawsze, w związku z natłokiem zajęć, zdążę wszystko przygotować albo przynajmniej przeczytać. A temat jest szalenie interesujący. Następny temat już czeka, zatem ten wkładam w kolejkę.

Poza tym, wystawy i muzea. W mojej okolicy jest naprawdę wiele fantastycznych miejsc, które chciałabym odwiedzić a nie mam kiedy. Tutaj kolejka jest naprawdę długa. Porównywalna do tej książkowej.

Jeszcze jest hobby i rozwijanie czegoś co można nazwać zrób coś z niczego. Dzisiaj kupiłam w ikei lusterka. Były śmiesznie tanie a wiem, że mogę wyczarować z nich cuda.

Do kolejki ustawiają się także filmy, wyjazdy, spotkania i inne.

Oczywiście, są również bezkolejkowe "elementy mojego świata". Nie wiem, jak nazwać tą kategorię. Są to przede wszystkim bliskie mi osoby, dla których chcę być zawsze i zawsze znajdzie się miejsce poza kolejką. Czasem mama potrzebuje żeby jechać z nią na zakupy. Czasem Mężczyzna potrzebuje troski, rozmowy, mnie. Lubię się czuć potrzebna (ale nie wykorzystywana :P). Tych ważnych spraw, nie układam w kolejkę.


Do czego zmierzam? Odnalazłam coś, co doskonale pasuje do mojej kolejkowej natury. Graliśmy dopiero dwa razy, ale już wiem, że to lubię. Będzie to doskonała zabawa na długie jesienne i zimowe wieczory.
Oto ona, KOLEJKA :)


Polecam Wam wszystkim tą grę. Nie przejmujcie się, jeśli nie możecie pamiętać lat 80-tych. Ja też nie pamiętam (z oczywistych powodów) i dobrze się przy niej bawię.

Więcej informacji na temat gry znajdziecie tu. Z oficjalnej strony IPNu także zdjęcie.

Miłych wieczorów spędzonych z KOLEJKĄ! Ale nie tylko. Ze scrablami, monopolem i innymi również.