Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 października 2013

Sztuka cenniejsza niż złoto

Jedna Pani Profesor zapewniała mnie ostatnio, że kiedy historyk sztuki zagłębia jakiś temat koniecznie zagląda do Sztuki cenniejszej niż złoto, aby dowiedzieć się, co na dany temat ma do powiedzenia wielki autorytet wśród tego fachu, profesor Jan Białostocki.

Sztukę cenniejszą niż złoto zaczynałam już czytać przynajmniej kilka razy. Pierwszy raz, jeszcze w liceum, przygotowując się do matury z historii sztuki. Wtedy próbowałam ją czytać jak powieść, do poduszki. Szło mi całkiem nieźle. Zakładka mówi, a zakładka nie kłamie, że doszłam aż do rozdziału VII, czyli skończyłam średniowiecze i już prawie zaczynałam renesans. Potem, już na studiach, zaglądam do konkretnych rozdziałów a nawet niewielkich fragmentów przy okazji przygotowywania różnych uczelnianych projektów.

Teraz, zaintrygowana opinią Pani Profesor, przyjęłam zupełnie odmienną taktykę. Czytam rozdziałami, zupełnie nie po kolei. Ktoś może powiedzieć, że nie po kolei to mam w głowie. Taki ktoś może być nawet bardzo blisko prawdy, a jednak tak mnie jest wygodniej. Dzisiaj interesuje mnie iluzjonistyczne malarstwo baroku. Więc czytam rozdział temu poświęcony. Przy okazji coś zanotuję. Wychwycę jakąś ciekawostkę. A nawet zrobię notatkę. Uwaga, bazgrzę bezlitośnie po swoich książkach. Niezależnie od ceny, jaka widnieje z tyłu na okładce.

Bardziej gorszące dla kogoś może być to, co napiszę teraz. Otóż być może profesor Białostocki Ameryki nie odkrywa. Tzn. może ją odkrywał kilkadziesiąt lat temu, kiedy Sztukę... publikował. A Pani profesor też wiekowa... W każdym razie jest to miła odskocznia od bardziej szczegółowych analiz, z którymi mam do czynienia na co dzień. Ot tak, taki przyjemny przerywnik. Całkiem bogaty w różne perełki.

Samą mnie zastanawia, czy kiedyś przeczytam Sztukę... w całości? Jeśli tak, to będzie to wielki dzień dla mojego samorozwoju. Na pewno Was o tym poinformuję.

Wiadomo, z moją konsekwentnością jest różnie. Gdy tylko coś postanowię, gdy tylko stworzę plan działania, to niemal mogę być pewna, że przynajmniej połowy z tych rzeczy nie zrobię. Może zbyt ambitnie podchodzę do układania takiego planu? A może po prostu należy wyćwiczyć swoją konsekwentność? Chociaż, jeśli chodzi o niektóre rzeczy, potrafię być zaskakująco konsekwentna. Jakieś pomysły na większą skuteczność w realizacji planów? Może system nagród? Ale bez kar, kary mnie nie mobilizują.

Na październik mam zaplanowane coś specjalnego. Ciekawe, jak tym razem mi pójdzie?


A miałam napisać o czymś zupełnie innym...

wtorek, 10 września 2013

Chcę ci tylko oddać twoje terytorium

Nie lubię rozmawiać o sztuce współczesnej. Wciąż unikam jej interpretacji. Być może trochę się jej boję. Albo po prostu nadal jej nie rozumiem. Moje uczucia względem niej są bliżej nieokreślone. Ni to chłodne, ni gorące. A jednak, ostatnio coraz częściej zaprząta moje myśli. Zaczynam zadawać sobie na jej temat pytania. Wiele z nich zakiełkowało w mojej głowie po wizycie, najpierw w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie a potem w krakowskim MOCAKU'u.  Zaskoczona jestem tym, jakie wrażenie zrobiły na mnie te miejsca. Przekraczając ich próg, poczułam jakbym w końcu odnalazła swoje miejsce na ziemi. Wszystko robiło na mnie ogromne wrażenie, zadziwiało i zmuszało do refleksji. Będąc w takich miejscach ogarnia mnie dziwnego rodzaju panika, że nie zdążę zobaczyć wszystkiego, że jakiś niezwykły szczegół umknie mojej uwadze. Wtedy staję w takiej galerii i w pierwszym momencie czuję się taka zagubiona, że nie mam pojęcia, w którą iść stronę. W takich chwilach mam ochotę powiedzieć: Rozdzielamy się! Ty idź w prawo, ja w lewo... Tak, wiem, totalne szaleństwo. Ale, czy komuś to przeszkadza?
Nie chcę opowiadać o tych dwóch miejscach jednocześnie. To, co je zdecydowanie łączyło, to bardzo przemyślana organizacja przestrzeni. Tym urzekły mnie najbardziej. I jeszcze jedno, bookstores. I tu, i tu, fantastycznie zaopatrzone. Przede wszystkim w książki o sztuce, oczywiście. Ale jakie książki o sztuce! Aż się w głowie może zakręcić od ilości zagranicznych wydawnictw. Bardzo żałuję, że tak niewiele z nich jest przetłumaczonych na język polskich a ceny anglojęzycznych są zatrważające. Teraz już przynajmniej wiem, gdzie ich szukać.

Źródło
Źródło


Jednym z moich odkryć tych szaleńczych wizyt jest Piotr Lutyński i jego Terytorium. Wchodząc do Galerii Alfa zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać.

Piotr Lutyński, co mnie pozytywnie zaskoczyło, urodził się w Tychach w 1962. Dla jego twórczości charakterystyczne jest łączenie sztuki abstrakcyjnej z naturą. W jego instalacjach zobaczymy przedmioty, które mogą nas zadziwić, począwszy od ptasich jaj, piór, wosku, drewna, martwych owadów a skończywszy na... żywych zwierzętach. Po Galerii Alfa chodziły kaczki :)



Wystawa jest efektem ciągłych poszukiwań metafizycznej furtki pomiędzy światami żywych i umarłych. Swój projekt artysta rozpoczął  performansem, podczas którego spacerował ulicami miasta z głową jelenia. Chciał przez to "przywrócić" mu jego dawne (zajęte przez człowieka) terytoria.
Odwiedzając Galerię znajdziecie się w pokoju, wypełnionym dźwiękiem i obrazem, zamieszkanym przez jelenia.

 




Dobra wiadomość jest taka, że wystawę możecie jeszcze zwiedzić do 29. września. We wtorki wstęp jest wolny, więc może warto spróbować, zobaczyć i przekonać się na własnej skórze, czy sztuka to tylko Rembrandt i Picasso?




poniedziałek, 2 września 2013

Back to home

Wróciłam. Torby leżą jeszcze nierozpakowane. Znowu siedzę przy swoim biurku, w swoim czerwonym pokoju, na swoim ukochanym krześle. Głowa wciąż pełna wrażeń. Próbuję sobie wszystko na nowo poukładać. Tutaj, gdzie póki co, jest mój dom. Trochę odwykłam od tego domowego rozgardiaszu, rozmów przy obiedzie, śmiechów w kuchni podczas gotowania, ale także od ciągłego zabiegania, kolejek do łazienki i małych siostrzanych humorków. Zauważam, że brakowało mi przez te ostatnie tygodnie przytulności, kontaktu z bliską osobą a przede wszystkim słów.
A mimo to, ten wyjazd był tym, czego w tamtym momencie potrzebowałam. Wróciłam odmieniona. Sama jestem zaskoczona zmianami, które we mnie nastąpiły. Może nie są one rażące dla otoczenia, ale dla mnie są bardzo widoczne. Teraz już się nie boję. Ani podejmować decyzji ani realizować swoich marzeń.
Czy jeszcze kilka miesięcy temu KTOŚ by przypuszczał, że tak świetnie sobie poradzę sama? Ja, która nie potrafiłam nawet zrobić zakupów dla siebie samej, nie myśląc o wszystkich wokół a na samą myśl o wyjściu samej z domu na spacer, dostawałam gęsiej skórki. Przez dwa miesiące pracowałam, zwiedzałam, oglądałam, poznawałam ludzi. Nieraz płakałam. Nieraz się zdziwiłam. Za to wiele razy się uśmiechałam, do człowieka, do sytuacji, obiektu, natury.
Tak, to był niezwykły czas. Chociaż, powrót do domu mnie również cieszy. Jeszcze kilka chwil i znowu będę się tutaj czuła, jak w domu.




















środa, 21 sierpnia 2013


Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.
Niewiele jest mi potrzebne do szczęścia :)
Trochę dobrej sztuki i inspirującej atmosfery, czyli moje prywatne niebo na ziemi.
Pozdrawiam!

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Teoretycznie

Chociaż czytam wcale nie tak mało i chociaż nie jestem studentką od wczoraj, to nadal istnieją książki, podczas czytania których mózg się rozgrzewa do niebezpiecznych temperatur.
Połączone arkady, międzyfilarowe i międzyprzyporowe, wspierają jednorodny, szeroki mur z kamienia łamanego, który wyżej, ponad arkadami, staje się znacznie cieńszy zamieniając wątek na ceglany.
Niby nic takiego. Niby kilka linijek wcześniej bywały gorsze. Niby każde słowo oczywiste i znane. Jednak przy 22 stronie mam ochotę rzucić to wszystko i ruszyć w świat.
Nie będę wymieniała tytułu, co by nie robić antyreklamy. Praca beznadziejna. Chaotyczna. Do rana będę robić notatki, żeby coś mądrego z tego wyciągnąć. A do wieczora je układać, aby tworzyły logiczną całość. Tak jakby sam autor nie mógł tego zrobić. Mam nadzieję, że moja praca licencjacka nie będzie na tak wątpliwym poziomie. Czasem mi się marzy, aby znalazł się pewien mądry człowiek o szerokich zainteresowaniach i podjął na nowo badania nad pewnymi cennymi obiektami.

A tymczasem na ulicy Pijarskiej w Krakowie:


Dzisiaj nie ma wycieczek i niekończących się spacerów. Dzisiaj jest teoria i żmudne notatki. Czasem też trzeba.

sobota, 20 lipca 2013

Słoneczniki

Uważam, że opisywanie książek należy rozpocząć tuż po zakończeniu czytania. Relacja jest wtedy świeża i łatwiej przychodzi jej napisanie. Jednak, jak już Wam o tym wspomniałam, nie dałam rady dotaszczyć jeszcze tej książki do Krakowa. Dzisiaj, wykorzystując swój jednodniowy pobyt w domu, próbuje coś tam o niej stworzyć. Już trochę zapomniałam o emocjach jakie towarzyszyły mi w czasie jej czytania. Czy nie jest to najlepsza opinia? Czy nie macie tak, że są książki, o których, gdy tylko sobie przypominacie, macie motyle w brzuchu? No właśnie... Są książki, które wywołują we mnie skojarzenia podobne do pierwszych pocałunków, tych nieśmiałych, kiedy te przysłowiowe motyle łaskoczą przyjemnie.
A książka, o której zaraz opowiem... Może po kolei?

Rozjarzone słoneczniki, które wyrwane z ziemi, uwięzione w glinianym dzbanku powinny być smutne i zapomniane. Nie były. Wiły się jak żywe, a ich żółty kolor był tak promienny, tak nieujarzmiony - och, że aż chciałam ich dotknąć, Chciałam przesunąć palcami po płótnie, poczuć jego szorstkość, każdą grudkę farby, każdy wir i maźnięcie. Musnąć pieszczotliwie każdą linię i wypukłość, naniesioną jego ręką, prześledzić błękitne litery jego imienia.

Źródło: lubimyczytac.pl
Bohater, którego dzieła znają chyba wszyscy. Możemy mieć kubek z jego słonecznikami. Ręcznik, poduszkę, talerz. Ja mam pudełko, które sama zrobiłam. Nieistotne.
Vincent van Gogh. Wszyscy dobrze znamy tego pana.
Historia, którą także znamy wszyscy. Vincent van Gogh wręcza swojej ukochanej prostytutce Racheli zawiniątko. Tak, to jego ucho.
Jednak dlaczego by tak wszystko upraszczać? Może prostytutka wcale nie była zwykłą prostytutką, ale kimś ważnym dla niego? Może nie bez powodu to akurat ucho Vincent podarował dziewczynie?
 
Słoneczniki Sheremy Bundrick to opowieść skupiająca się głównie na etapie życia artysty w Arles. Narracja dosyć interesująca, bo historię poznajemy oczami właśnie Racheli, owej prostytutki. Są to jakby jej wspomnienia.

Słoneczniki w tej opowieści są kluczowym obrazem. Przewijają się przez wiele stron. Wyjątkowe są dla naszej narratorki, Racheli, ponieważ kojarzą jej się z rodzinnymi stronami. Wyjątkowe są również dla Gauguin'a, o którym wiemy, że przez jakiś czas gościł w żółtym domu i być może to on stał się przyczyną, dla której van Gogh obciął sobie ucho.

Autorka podkreśla, że wszelkie postacie w tej książce są fikcyjnie. Myślę, że dobrze zrobiła pisząc to. Pamiętajmy, nie mamy w rękach biografii a jedynie opowieść inspirowaną życiem artysty. Wiele tutaj fikcji i sam Vincent jest postacią nieco fikcyjną. Przecież skąd wiemy jakby zareagował na te wydarzenia, które autorka wymyśliła?
Trochę mnie dziwi, że Sheremy Bundrick, jako historyk sztuki, zdecydowała się napisać tą opowieść. Jak już wspomniałam, w większości jest fikcją a poza tym wyszło tutaj trochę takie tkliwe romansidło.
Jednak jako historyk sztuki wykreowała wiele fantastycznych, chociaż krótkich, to niezwykle trafnych opisów dzieł van Gogha. Te opisy są pełne jakieś takiej czułości i intymności. Spoglądamy na znane nam od dawna obrazy, oczami kobiety, która kocha artystę. To jest zdecydowany plus tej powieści.
Plusem jest także to, co zawsze podkreślam, przy tego typu opowieściach, że pobudzają nas do szukania i zadania sobie pytania: Czy tak było naprawdę? Zaczynamy wtedy wertować inne książki i przeszukiwać internet, aby odnaleźć przynajmniej podstawowe informacje o bohaterze książki. Zdaję sobie sprawę, że istnieje także ryzyko, że nikt z osób, które przeczyta tą książkę, nie pomyśli nawet, że to fikcja i będzie żyła w przekonaniu, że ta romantyczna historia wydarzyła się naprawdę.

Jak już przed chwilą napisałam, jest to romantyczna historia. Dla mnie trochę wybielająca Vincenta, bardzo po ludzku traktująca jego chorobę.

Podsumowując, całkiem niezła opowiastka do poczytania w drodze do pracy albo na plaży. Jednak nie oczekujmy zbyt wiele. Momentami tkliwa tak bardzo jak się tylko da, momentami ekscytująca, a czasem po prostu może nas nieco nudzić.




środa, 5 czerwca 2013

Non camera? Jak to możliwe?

Kochani, czy wyobrażacie sobie, szczególnie dzisiaj, w dobie postępującej cyfryzacji, animację tworzoną bez użycia kamery (aparatu również, a nawet bez komputera)?

Zapraszam Was na krótką opowieść o niezwykle inspirującym artyście.


Na wystawę jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów polskiej szkoły animacji trafiłam przypadkiem. Kilka tygodni temu wybrałam się do Krakowa na wystawę zupełnie innego artysty, uprzejma pani w kasie, zapytała, czy nie chcę zobaczyć pozostałych wystaw czasowych. Różnica w cenie niewielka a na górze można się zapoznać z twórczością Antonisza. Skwapliwie przystałam na tą propozycję i ciągle chodziło mi po głowie: Antonisz, Antonisz, skąd ja go znam? Jestem pewna, że już gdzieś to słyszałam... I tak jakoś nie mogłam go przyporządkować do żadnej dziedziny aż do momentu, kiedy weszłam na górę i na korytarzu prowadzącym do sali były poustawiane telewizory, wtedy już wszystko wiedziałam!

Ale po kolei...

Żródło: http://krakow.gazeta.pl/krakow/51,35817,13744111.html?i=19
Julian Antonisz, a właściwie Julian Józef Antoniszczak, urodził się 8 listopada 1941 roku w Nowym Sączu a zmarł 31 stycznia 1987 w Lubniu. Wydaje mi się, że to czasy, w których przypadło tworzyć artyście uwarunkowały jego sztukę. Zaraz się przekonacie, skąd u mnie ta myśl. Najogólniej mówiąc był reżyserem eksperymentalnych animacji, konstruktorem, muzykiem i ... wynalazcą.Warto wspomnieć, że był jednym z założycieli, już legendarnego, Studia Filmów Animowanych w Krakowie.

Technikę, którą się posługiwał nazywamy non camera, co oznacza, jak się zapewne domyślacie, bez kamery. Polegała ona na tym, że obraz jest malowany, wydrapywany bądź rysowany bezpośrednio na każdej z klatek filmu, właśnie bez użycia kamery. Podczas nanoszenia obrazu na taśmę, można wykorzystać szereg technik artystycznych, takich jak drzeworyt, linoryt, czy miedzioryt. Możliwe było również tworzenie filmów kolorowych, poprzez wprowadzenie obok czerni transparentowych kolorowych farb graficznych.


poniedziałek, 20 maja 2013

Nie jestem ani dzielna ani silna. Mam dosyć. Nie mam już siły.




To jedne z ostatnich obrazów namalowanych przez van Gogha. Obydwa powstały w 1890 roku. Dzisiaj mają dla mnie zupełnie wyjątkową wymowę. Oddają moje uczucia, wątpliwości, słabość. Tak, słabość.

środa, 8 maja 2013

Jak uczyć się sztuki. Część II.

Postanowiłam wrócić dzisiaj do postu sprzed kilku miesięcy, gdzie przedstawiłam kilka książek przydatnych podczas przygotowań do matury z historii sztuki. Przyszła pora na kolejną dawkę literatury związanej ze sztuką. Po chwili namysłu, stwierdziłam, że pokaże Wam swoje niezbędniki. Nazywając te książki niezbędnikami patrzę na to z dystansem. A jednak nie wyobrażam sobie bez nich codziennego funkcjonowania. Nikt nie jest alfą i omegą, dlatego, przyznaje bez bicia, że nieraz uratowały mi życie i bywały okresy, że książki te stanowiły podstawowe wyposażenie mojej torebki. Oczywiście nie wszystkie naraz, bo są to całkiem opasłe tomiska. I znowu nasuwa się refleksja. Dlaczego, o ich istnieniu nie wiedziałam w czasie swoich przygotowań do matury? O niektórych wiedziałam, a mimo to nawet do nich nie zajrzałam. Ignorancja? Pewnie poniekąd również, ale także dostęp do nich. Dzisiaj się ich dorobiłam i mam je na swojej półce. Zamiast szukać definicji w Internecie, zaglądam do słownika i dobrze mi z tym. Mam spokojne sumienie, bo posiadam wiedzę z wiarygodnego źródła.

Zaczynamy:


Z czego korzystać przygotowując się do matury z historii sztuki?

2. Niezbędniki, czyli wszelkiego rodzaju leksykony i słowniki, które ułatwiają nam poruszanie się po pięknym, lecz niewątpliwie hermetycznym, świecie sztuki. Czasem okazuje się, że na detal architektoniczny, którego opis w analizie ambitnie próbujemy skrócić do zdania złożonego z trzydziestu słów, ma swoją, całkiem dobrze brzmiącą dla ucha, nazwę. Tutaj przychodzą nam z pomocą liczne publikacje. 

Na dobry początek, ta która najczęściej stanowiła to stałe wyposażenie mojej torebki


Słownik terminologiczny sztuk pięknych, wyd. PWN 
W czasie praktyk u Miejskiego Konserwatora Zabytków, czy zabytkoznawczych praktyk wyjazdowych miałam ją cały czas przy sobie. Mój egzemplarz jest pełen podkreśleń, fiszek, zakładek i rysunków. Warto mieć swój egzemplarz :)
Kupując Słownik... miałam do wyboru nową książkę (akurat w matrasie była duża promocja na PWN) i stare, właściwie to bardzo stare, wydanie z antykwariatu za niemal tą samą cenę. Oczywiście wybrałam nowe wydanie i w praktyce okazało się, że to starsze jest dużo lepsze. Nowe zostało skrócone o pewne definicje i zawiera trochę błędów. Jednak jest naprawdę ładnie wydane, w środku znajdują się wkładki z ilustracjami, wiele pojęć jest zilustrowanych, jest tu całkiem niezła tablica z ornamentami i wiele innych przydatnych informacji. 
Moim zdaniem, ta książka jest niezbędna. Nie wiem, czy istnieje lepszy, albo jakikolwiek inny słownik terminologiczny z zakresu sztuki. 


Wilfried Koch, Style w architekturze 
Tutaj znajdziecie wszystko o architekturze. Na dodatek wszystko bogato zilustrowane. Raczej niewiele tekstu w porównaniu do ilustracji. Ze względu na ilość materiału, wiadomości podane są w bardzo konkretnej, zwięzłej formie. Style, detale, ornamenty, założenia urbanistyczne. Pierwszy kontakt z tą książką jest bolesny i trudny. Zanim się opanuje jej wewnętrzną konstrukcje, miła troche czasu. Trzeba się też przyzwyczaić do formy przekazywania wiedzy. Ta książka to jakby jedna wielka tabelka, plansza z informacjami. Oczywiście nie jest ona wolna od błędów. Chociaż, podobno nowe wydanie jest poprawione. Ja posiadam to starsze, takie biało-niebieskie. Nasza pani profesor jest nieco uczulona na punkcie tej książki, ale ja uważam, że jest naprawdę niezła i bardzo pomocna.


Witold Szolognia, Architektura i budownictwo, ilustrowana encyklopedia dla wszystkich
Również bardzo lubię tą książkę. Pojęcia są tu wyjaśnione w jasny sposób. Architektura ogólnie chyba sprawia najwięcej problemów podczas nauki. Posługuje się specyficznym językiem, który historyk sztuki musi bardzo dobrze opanować, aby móc mówić potem o zabytkach architektonicznych. Tutaj mamy encyklopedię typowo techniczną, nie znajdziemy raczej wyczerpujących informacji na temat stylów, ale różnica pomiędzy pilastrem a lizenem, albo boniowaniem a rustyką przestanie być dla nas czarną magią.




Ciąg dalszy nastąpi, być może jako edycja tego postu. 

Teraz, jak zwykle, kolej na Was. Ciekawa jestem, z czego Wy korzystacie pogłębiając swoją wiedzę z zakresu historii sztuki. Czekam na wszelkie sugestie w temacie.

Pozdrawiam!

piątek, 3 maja 2013

O pewnym denerwującym i flegmatycznym Angliku...



W całej tej powieści, jedne, co na pewno mnie irytowało, to jej bohaterowie.

Gdybym miała w jednym zdaniu ująć swoje odczucia względem Walki Kotów Eduarda Mendozy, to pewnie tak, by ono brzmiało.
Przyznaję zupełnie szczerze, że czuje niedosyt. To moje pierwsze spotkanie z Mendozą i chyba oczekiwałam od niego więcej. A tu wszystko dalej takie niedokończone...

Przecież predyspozycje są. I to jakie...
Głównym bohaterem miał być historyk sztuki. Jak dla mnie to na plus, mam pewną słabość do tego fachu. Jednak flegmatyczny i, jakiś taki, nijaki Anglik, znawcą i pasjonatą sztuki hiszpańskiej? Przez całą akcję sprawiał wrażenie oderwanego od kontekstu i zupełnie nie pasującego do pozostałych elementów powieści. A co gorsza, strasznie mnie denerwował. Ciągłe te jego egoistyczne ja i mój obraz... Jak to możliwe, że nagle całe madryckie życie skupiło na nim swoją uwagę? Jedyne, co ciśnie się na usta, to, że Anthony Whitelands to po prostu, taka typowa... ciepła klucha.
Nie myślcie sobie, Kochani, że nasz Anglik to jedyny bohater tej powieści. Poza nim jest jeszcze parę kobiet i kilku mężczyzn, którzy wcale nie czynią życia Anglika prostszym. Jednak ich rola w tej zawiłej kompozycji jest dla mnie zbyt zagmatwana, aby próbować ją tutaj wyjaśniać.
Narracja. Prawdziwy majstersztyk. Doskonale ukazana sytuacja polityczna Madrytu w 1936, u progu wojny domowej. Pod tym względem powieść jest fantastyczna. Fragmenty opowiadające o Velazquezie i Tycjanie to takie wisienki na torcie.
Tak, ta książka się zapowiadała całkiem nieźle. Jednak w trakcie czytania, wielokrotnie, zaskoczona dziwnymi wypadkami, które przytrafiały się Anthonemu, pojawiała się myśl: Jeszcze tylko tutaj brakuje tego i tego... i kilka stron dalej ku memu przerażeniu działo się coś równie irracjonalnego.

Walka Kotów wzbudzała we mnie skrajne odczucia. Czasem czytałam z wypiekami na twarzy, czasem miałam ochotę odłożyć książkę, czasem nie potrafiłam wyjść z  podziwu nad talentem literackim Mendozy, a czasem zastanawiałam się, co takiego musiało wydarzyć się w jego życiu, że stworzył tak dziwną, abstrakcyjną akcję? Zrobił to specjalnie i świadomie? Czy po prostu wypalił się zawodowo?

Na pewno warto przeczytać, żeby choć na chwilę przenieść się do Hiszpanii. Tą hiszpańskość czuć tu na każdym kroku i to jest chyba powód, dla którego książka ta zyskała taką popularność na całym świecie.

Książkę przeczytałam w ramach akcji wędrująca książka. O szczegółach dowiecie się u Kasi.
Jeśli macie ochotę również ją przeczytać, zapisać możecie się tu. Zapraszam Was serdecznie do zabawy!


Taka moja drobna osobista uwaga. Mam nadzieję, że w swojej miłości do sztuki nie stanę się takim flegmatycznym Anglikiem. Chociaż jego poświęcenie dla obrazu, który rzekomo miał wyjść spod ręki Velazqueza, jest nawet godne podziwu.

piątek, 8 marca 2013

Tajemniczy uśmiech tajemniczej kobiety

 Leonardo nic nie powiedział. Zamknął oczy i pożałował, że nie zginął w katastrofie. Miał nadzieję, że będzie wychwalany za wspaniały lot, a zamiast tego wypadnie mu znosić ludzkie docinki, szyderstwa. Znowu los odmówił mu triumfu jego geniuszu. Znowu mu się nie powiodło- i nie z jego winy. Nigdy nie zadziwi świata: urodził się pechowcem.

Zacznijmy o tego, że w życiu i twórczości Leonarda wielu krytyków, historyków sztuki, czy po prostu pasjonatów doszukuje się niestworzonych intryg, zabarwień symbolicznych i innych, dla mnie niezwykle naciąganych, historii. Dan Brown pisze swój Kod Leonarda da Vinci. Po czym pojawiają się kolejne publikacje mające na celu potwierdzić bądź zanegować jego tezy. Nie jestem historykiem sztuki, póki co. Nie przeczytałam nawet Vasariego w całości. Dlatego nie mnie oceniać i tak głęboko analizować jego, dosyć nieliczne dzieła.
Wśród tego natłoku literatury podejmującej próby opowiedzenia jego losów w formie ciekawej i popularnej prozy, myślę, że Pierre La Mure ujmuje temat w sposób tak spokojny, wolny od intryg i prosty, że stanowi przyjemną, choć zapewne nudniejszą, odskocznię.

Jeśli myślicie, że czytając Prywatne życie Mony Lisy, z wypiekami na twarzy będziecie śledzić losy skandalistki opowiedziane z najdrobniejszymi i najpikantniejszymi szczegółami, zapewne towarzyszyć będzie Wam nuta rozczarowania i goryczy. A przecież tytuł intryguje. Mówi: Czytelniku, czytaj, poznasz prywatne życie Mona Lisy. Przecież to niezwykle intrygująca kobieta. Jesteś ciekaw, prawda Czytelniku?




Cała powieść to zaledwie 500 stron. Na opowiedzenie historii jednej kobiety, całkiem sporo. Na przeniesienie czytelnika w świat renesansowej Florencji, przedstawienie postaci Leonarda, zapoznanie nas z wszystkimi wielkimi rodami florenckimi, których roli w dziejach sztuki nie należy negować, no i jeszcze ci wszyscy papieże oraz historie o tym, jak stali się głowami Kościoła... Sami dokończcie tą myśl. Autor podejmuje sporo wątków. Nieco karkołomne wzywanie.

Przygotowując post przejrzałam kilka innych recenzji tej powieści. Zawsze obiecuje sobie, że nie będę tego robić, co by się nie sugerować, jednak bywa, że ciekawość zwycięży. Najczęściej powtarzającym się zarzutem wobec La Mure była właśnie ta wielowątkowość, w której gubi się historia naszej tytułowej bohaterki. Jednak życie codzienne florenckiej społeczności jest ukazane z dużym wdziękiem i poczuciem humoru. Uśmiech na mojej twarzy wywoływał opis przygotowań do narodzin dziecka, reakcja na jego płeć, czy poranne wstawanie dziadka Giocondy. Wprowadzenia w kontekst polityczno-społeczny wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Czasem bywały niezbędne do zrozumienia znaczenia wydarzeń a czasem, po prostu je pomijałam.

Leonardo da Vinci. La Mure zachwiał mój obraz tego artysty. Jestem pewna, że mocno przerysował jego postać. Fakt, pozostawił niewiele dzieł. Dużo kombinował, czego skutkiem jest stan Ostatniej Wieczerzy, nie wywiązywał się z umów. Całe jego życie było ucieczką. Żył w swoim świecie, kroił zwłoki dla poznania anatomii. Marzył o lataniu. Zaczynał i nie kończył. Był przekonany o swojej wyższości i geniuszu. Nazywał się architektem, chociaż niczego nie wybudował, rzeźbiarzem chociaż nigdy nie rzeźbił. Marzył i żył tymi swoimi mrzonkami. Gadał i nie robił. Jednak nie to wszystko było dla mnie najgorsze. Najgorsze było to, że Leonardo wykreowany przez La Mure, nie cierpiał malować. Robił to tylko wtedy kiedy musiał i nie miał już naprawdę za co żyć. Marnotrawstwo niezwykłego talentu?

Mona Lisa. Kim była? Kto zamówił jej portret? Pewnie La Mure kreował jej postać na tekstach Vasariego. Wysuwa dosyć odważną tezę. Albo, lepiej będzie powiedzieć, wymyśla ciekawą historię. Nie zapominajmy, że jest powieść a nie analiza, czy biografia. Nie będę egoistką i nie powiem Wam, jak historię stworzył dla tej tajemniczej damy autor.


Prywatne życie Mona Lisy czytałam całe wieki, wielokrotnie przerywając, by, po nawet kilku tygodniach, wracać do historii Giocondy. Lubię tego typu powieści, bo chociaż bywają zupełną bajką i trzeba mieć do nich duży dystans, pobudzają do myślenia i szukania odpowiedzi na pytanie: jak to było naprawdę?. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Idę do naszej nowej czytelni, biorę z półek wszystko na temat Leonarda i przeglądam. Szukam i poznaję.




*Coraz częściej przyłapuję się na tym, że czytając książkę, dużo myślę o tym, co powinnam o niej napisać. I chociaż jestem trochę do tyłu z postami, to niezwykle ciężko jest mi ją odnieść do biblioteki dopóki czegoś nie napiszę.


czwartek, 21 lutego 2013

W klimacie florenckiego renesansu...

Kilka dni temu skończyłam czytać książkę, o której chcę Wam trochę poopowiadać. Post mam częściowo przygotowany, ale jeszcze nieskończony i jakoś tak się dzieje wiele rzeczy, które być może nie powinny się wydarzyć. To mnie trochę znowu wytrąciło z tej mojej, jeszcze nieco chwiejnej równowagi. W związku z tym, że nie jestem w nastroju, aby kończyć post o Mona Lisie, postanowiłam, że wprowadzę Was w klimat włoskiego renesansu czasów Leonarda.

Kochani, nie będę dzisiaj pisać. Oglądajcie, podziwiajcie. A może nawet krytykujcie? Jest to mój subiektywny wybór dzieł, więc możecie renesans kojarzyć z zupełnie innymi obiektami. Renesans nie jest moją wielką miłością, mimo to, serdecznie Was zapraszam w tą krótką podróż.