Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 marca 2014

Jak czytać? E-book czy tradycyjna książka?


poniedziałek, 17 marca 2014

Co czytać?

Wyprowadziłam się z rodzinnego domu w połowie. Moja lepsza połowa, ta bardziej doskonała (czyt. moje książki) została.
Ku przerażeniu A., która nigdy rąk książkami nie brudzi, półka z książkami jak stała, tak stoi nadal na swoim miejscu. Czasem, odwiedzając rodziców, wychodzę, z którąś z nich. I tak mój odwieczny problem co teraz czytać? został zredukowany do kilku pozycji :)




Nie licząc oczywiście kilku książek czekających na czytniku. Mam w zwyczaju czytać jednocześnie jedną książkę papierową i jedną elektroniczną. W związku z tym, że prawie jednocześnie obie skończyłam czytać, znowu stoję przed fundamentalnym pytaniem co teraz czytać?

A na czytniku czeka Chmurdalia Joanny Bator i Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki Mario Vargas Llosy.

Więc, co czytać?

piątek, 14 marca 2014

Większość ludzi sądzi, że to ich właśnie maluję. Tak naprawdę maluję jednak smak, zapach, przestrzeń, którą zajmują. Staram się namalować całą ich drogę od zarodka do zwłok, a wszystko to w jednej chwili, w jednym miejscu.*

Znacie ten moment, kiedy jedziecie autobusem, czytacie sobie spokojnie książkę a ktoś Wam uporczywie zagląda przez ramię próbując rozszyfrować, jaki to tytuł Was tak całkowicie pochłonął?Dokładnie taka sytuacja mnie spotkała, kiedy kontemplowałam wraz z Whartonem jego proces tworzenia autoportretu. To jeszcze dzisiaj ktoś czyta Whartona? Słyszę za plecami. Właśnie, kto jeszcze dzisiaj czyta Whartona? Czego dzisiaj oczekujemy od powieści? Wartkiej akcji, nieoczywistych zakończeń, lekkiej i szybkiej lektury, niewielu opisów, najlepiej samych dialogów. Braku miejsca na refleksję, bo przecież żyjemy szybko i nie mamy na to czasu? Jeśli ktoś właśnie tego oczekuje od książki, Werniks zapewne go rozczaruje i zniechęci do innych dzieł tego pisarza. Bo taki właśnie jest Werniks. Melancholijny, spokojny, refleksyjny, osobisty.

Wharton zabiera mnie zawsze w podróż niezwykłą i jeszcze nigdy mnie nie rozczarował. Jego twórczość jest dla mnie zupełnie wyjątkowym doznaniem, niemal intymnym. Sięgam po jego powieści kiedy potrzebuję tego charakterystycznego ciepła, szczerości, intymności, po prostu... spokoju. Z tym właśnie kojarzy mi się jego nazwisko. Do tego jest również artystą. Takim, co wiąże sztalugi na plecach i jeździ swoim motocyklem po Paryżu w poszukiwaniu inspirujących miejsc i ludzi do malowania. No, jak go nie kochać? Moja miłość do Whartona nie jest pewnie dla Was niczym nowym. Jednak któż potrafi równie pięknie opowiadać o procesie twórczym?

Dlatego, pozwólcie, że dzisiaj oddam głos właśnie jemu. Posłuchajcie, jak pięknie opowiada o malowaniu i jak bardzo osobisty jest jego stosunek do sztuki.


Autoportrety to zdecydowanie najciekawsze obrazy. (…). Są równocześnie aktywne i pasywne, ciało i umysł postrzegają umysł poprzez ciało, oko maluje oko, które je widzi. Z autoportretu można dowiedzieć się wszystkiego; tego, jaki malarz jest, a jaki chciałby być; jak maluje, a jak chciałby malować, wszystko w tym samym miejscu i w tym samym czasie.*

Zaglądanie we własne wnętrze jest najtrudniejszą, a zarazem najbardziej satysfakcjonującą rzeczą, do jakiej zdolny jest człowiek.*

Potrzeba malowania oblewa mnie jak rumieniec, opanowuje mnie, wciąga w siebie. Staram się jej nie poddawać. Jest coś z szaleństwa w tym nagłym przypływie potrzeby, chęci wyrażenia siebie pędzlem*


Kiedy kogokolwiek maluję, nawet siebie, wariuję odrobinę. Pożądam czegoś, co nie istnieje, a prawdopodobnie w ogóle nie powinno istnieć.*

Kiedy maluję kogoś innego, jesteśmy bardzo blisko siebie, model, ja, sztalugi, tworzymy trójkąt, dotykamy się kolanami, zaplątani w siebie, przytuleni do sztalug. Potrzebujemy zbliżyć się, w przeciwnym razie mogę tylko patrzeć. A samo patrzenie podobne jest do obliczania, mierzenia czy opisywania, a może, co jest jeszcze gorsze, do szacowania.*

Jest to swego rodzaju osmoza, ludzie pozostają przeze mnie przefiltrowani. Nigdy nie zdarza mi się malować i patrzeć równocześnie. Maluję jak we śnie, absorbując moich modeli, jestem przez nich absorbowany. Stają się krwią, komórkami, związkami chemicznymi, elektrycznością w moim mózgu. Przechodzą przeze mnie, mieszają się ze mną, moimi kationami i anionami, moimi łańcuchami węglowodanów, chemicznymi bankami pamięci. Przez chwilę wszystko wrze dziko, a potem spływa po moich nerwach, wzdłuż ramienia do koniuszków palców i dalej do pędzla. Z pędzla wylewają się kolory i światło kierowane przez mój mózg, moje ciało, moją psychikę, przed moimi oczami, a wzrok mam zamglony przez modela, kogoś, nie mnie; wspomaga, przemienia mnie, symbiotycznie, trochę kanibalizmu z odrobiną rzymskiego pogaństwa.*

Każdy portret musi być nowym człowiekiem. Nową istotą, która powstaje ze zmieszania się drugiego człowieka ze mną. Jest to małżeństwo, chwilowe, ale spełnione, portret zaś jest naszym dzieckiem, narodzinami, drugim wspólnym spełnieniem.*

Gdyby ktoś mógł obserwować mnie przy pracy, oszalałby z całą pewnością. Wydawało by mu się, że patrzy na krawca, który pracuje starannie, ma do dyspozycji najlepszy materiał i nici i szyje płaszcz, który ma jeden rękaw dłuższy od drugiego albo brakuje mu w ogóle otworu na głowę.*

naśladowanie życia nie ma sensu, podobnie jak jego odtwarzanie, muszę je wynaleźć, wyobrazić sobie na nowo. Nie oznacza to malowania abstrakcyjnych przedmiotów ani teatralnych przekształceń czy wysilonych intelektualnie prób kompozycji. Wszystko to jedynie proste chwyty, techniki uniku. Trzeba pokazać życie takim, jakim się je widzi, jak się je odczuwa.*

moje kolejne obrazy wychodzą powykrzywiane w dziesięciu różnych kierunkach. Wszystko w porządku, taki właśnie jestem. Walczę o to, by pokazać moją osobistą rzeczywistość, jedyną, jaką znam. Staram się malować ostrożnie, z pełną uwagą i miłością.*

Zagłębiam się we wnętrzu nas obojga i staram się zebrać wszystko w jednym miejscu. Jesteśmy tak bardzo blisko kontaktu, to poważny wysiłek, sklejenie wszystkiego razem.*

rzadko przyglądam się sobie z bliska, jedynie wtedy, gdy maluję swój autoportret. Przypomina to sprawdzanie zegarka, patrzę, ile jeszcze zostało mi czasu, nie która jest właściwie godzina, tylko ile czasu już minęło, ile jeszcze mogło mi zostać.*

Jestem szczęśliwy, równocześnie żonglując dwoma, trzema wymiarami. Samo to wystarcza, by chciało mi się żyć*

Teraz żyję, oddycham pędzlem, kolor jak krew, światło jak tlen.*

Werniks nie jest jedynie opowieścią o życiu artysty, jego stosunku do pracy i samej sztuki. To także powieść o przemijaniu, miłości, spełnianiu swoich marzeń, przekraczaniu granic i chyba o tym, co dzisiaj najtrudniejsze, życiu w taki sposób, w jaki chcemy żyć, a nie w taki, jaki narzuca nam konsumpcyjna rzeczywistość.

Mam nadzieję, że mimo opinii, że Wharton to nudziarz, każda jego książka jest taka sama, pozbawiona akcji i ciągnie się, jak spaghetti, to nie przestaniemy go czytać. To naprawdę mądry i wrażliwy mężczyzna. 


* Werniks, William Wharton, Poznań 1994 



czwartek, 13 lutego 2014

Holocaust oczami dziecka


Źródło
Nastawiam wodę na herbatę. Będę pisać. Zapalam lampę. Wiele razy już siadałam do tej recenzji.. Przynoszę herbatę i stawiam ją na stole obok komputera. Pulpit, Teksty, Recenzje, Dziennik Helgi. Próbuję zebrać myśli. Czuję jak atmosfera w pokoju się zagęszcza. Otwieram okno. Mała Helga. Kilkuletnia dziewczynka. Przeżyła. Cudem. Herbata już ostygła. A mnie wciąż brak odpowiednich słów do opisania tego, co przeżyła...

Dziennik Helgi Helgi Weissovej to jedna z tych książek, które jeszcze długo po przeczytaniu tkwią w naszych głowach i niebezpiecznie dają znać o sobie. Do tych książek należy również Dziennik Anne Frank. Chociaż Dziennik czytałam wiele lat temu, nadal, kiedy o nim myślę, czuję ten charakterystyczny ucisk w żołądku. Teraz, przy lekturze wspomnień małej Helgi, to wszystko wróciło.

Rano, gdy się obudziłam, tatuś z mamusią siedzieli ze zawieszonymi głowami przy radiu. Z początku nie wiedziałam, co się stało, ale zaraz zrozumiałam. Z radia dobiegł drżący głos: <<Dziś rano o 6.30 wojska niemieckie przekroczyły granicę Czechosłowacji>>. Wprawdzie niewiele z tego zrozumiałam, ale czułam, że to coś strasznego.

Holocaust oczami dziecka. Żydowskiej ośmioletniej dziewczynki. Nie potrzeba mocno rozbudowanej wyobraźni, aby zrozumieć, jak z dnia na dzień, jej życie uległo diametralnym zmianom. Jak odbierała kolejne zaostrzenia wprowadzane względem Żydów?

Poza tym żaden Aryjczyk (słowo wcześniej nieznane) nie może zatrudniać Żyda – nie-Aryjczyka. Teraz to już idzie raz po raz, rozporządzenie za rozporządzeniem. Ludzie już sami nie wiedzą, co im wolno, a czego nie. Zakazano: wstępu do kawiarni, kina, teatru, na boisko, do parku... jest tego tyle, że nawet wszystkiego nie pamiętam.

Helga zaczęła pisać swój dziennik w 1938 roku jako ośmioletnia dziewczynka. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo szokujące są dla współczesnego czytelnika informacje o kolejnych zaostrzeniach wprowadzanych dla Żydów, transportach, następnie obozach pracy a w ostatniej kolejności o obozach koncentracyjnych? Taką właśnie drogę musiała przejść Helga. To, że wraz ze swoją mamą, obie przeżyły, można tylko nazwać cudem.

Czytając wspomnienia ośmioletniej dziewczynki mimowolnie nachodzą mnie moje własne wspomnienia z podobnego okresu. Pierwsze prawdziwe przyjaźnie, tajemnice, miłostki, to uczucie, że cały świat do mnie należy i stoi mi otworem. Chociaż życie Helgi było nieporównywalnie trudniejsze, to wciąż zachowywało namiastkę tego wszystkiego. Mimo już trwających represji, uczęszczała na lekcje tak długo jak było to możliwe. W Terezinie zaprzyjaźniła się z innymi dziewczynkami, organizowały potańcówki a nawet zakochała się w niezwykłym chłopcu. Nie była to jednak miłość z szczęśliwym zakończeniem. Niestety.

Dziennik Helgi robi wrażenie treścią i formą. Wspomnienia pisane prostym językiem dziecka, czasem pozornie chaotyczne, urywkowe, pełne wątpliwości i emocji, wzbogacone są rysunkami. Helga nie tylko spisywała swoje przeżycia, ale również je ilustrowała. Zachęcona przez swojego tatę, sporządziła szereg rysunków dokumentujących życie w Terezinie. 


Dzisiaj Helga Weissova jest malarką, graficzką. W jej pracach widzimy wciąż obecny Holocaust. Jak widać, jest to coś, od czego nie można się, tak po prostu, uwolnić. Są to doświadczenia, z którymi przychodzi, tym nielicznym którzy przeżyli, żyć.

piątek, 20 grudnia 2013

Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów.

Źródło


Zanim sięgnęłam po książkę, przeczytałam na jej temat wiele recenzji. Najczęściej pozytywnych i pełnych zachwytu nad ujęciem tematu przez Ludwikę Włodek. Z tym większymi oczekiwaniami rozpoczynałam jej lekturę. I teraz, z tym większym trudem przychodzi mi rozliczenie się z tych kilkuset stron. Trudno mi przechodzi przez usta słowo przeczytałam, jakże odpowiedniejsze jest tutaj przebrnęłam. Wraz z ostatnią stroną odetchnęłam z ulgą, że to już koniec. Nie chcę jednak powiedzieć, że czytanie Pra... było znowu taką straszną katuszą. Po prostu, po jej przeczytaniu, przebrnięciu tych kilkuset stron, czuję niedosyt.




Człowiek uczy się przez całe życie. Mimo to, aż wstyd się przyznać, do czasu sięgnięcia po Pra..., Iwaszkiewicza i jego małżonkę kojarzyłam głównie z pewnego portretu...
Tak, oczywiście chodzi o portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów autorstwa Witkacego. Być może niektórzy z Was jeszcze pamiętają, gdy kilka lat temu został znaleziony w jednej z łódzkich piwnicy a jeszcze wcześniej skradziony ze Stawiska. Witkacy namalował świeżo poślubionych małżonków w czasie ich pobytu w Zakopanem w 1922. Sama jestem ciekawa ich reakcji na ten portret. Iwaszkiewicz ujęty ekspresyjnie kontrastuje z realistycznie i „gładko” przedstawioną małżonką. Taka polska Piękna i Bestia.

Źródło
Niewątpliwie lektura ta stała się impulsem do zadania sobie pytania: Kim tak naprawdę był Iwaszkiewicz? Przecież nie tylko bohaterem dzieła Witkacego. Jarosław Iwaszkiewicz, czyli tak naprawdę jedna z największych osobistości polskiej literatury jawi mi się jak za mgłą. Teraz, jako pisarz, ale także i człowiek, jest dla mnie fascynujący. Jestem pewna, że w najbliższym czasie sięgnę do jego twórczości i przestanę go kojarzyć jedynie z tym niezwykłym portretem.

Ta opowieść była dla mnie zachwycającą przygodą, ale nie jako opowieść o konkretnych ludziach a raczej opowieść o pewnej rodzinie. Bliżej nieokreślonej, ale sympatycznej i czasem dziwacznej. Wynikało to być może z mojego braku skupienia przy czytaniu, jednak historia opowiedziana przez Ludwikę Włodek nijak nie stanowiła dla mnie ciągłej historii jednej rodziny. Za nic w świecie nie wiedziałam, kto był Stanisławem a kto kim innym. Zapamiętałam samego Jarosława, jego żonę i córki. Jeszcze byli jego nieco ekscentryczni teściowie...

Na swój sposób podoba mi się również klimat czasów Iwaszkiewicza. Stowarzyszenie Skamander, którego był współtwórcą, środowisko, które przewija się przez Stawisko, żona – pisarka i tłumaczka, współpraca z prof. Lorentzem przy ratowaniu zabytków. A z drugiej strony jest Iwaszkiewicz i jego specyficzny stosunek do władzy i Międzynarodowa Leninowska Nagroda Pokoju z 1980 roku. Po przeczytaniu tej książki chyba nadal nie do końca rozumiem, jakim był człowiekiem.

Ludwika Włodek stworzyła coś, co nie jest ani pamiętnikiem ani biografią. Nie potrafię przyporządkować też żadnego innego gatunku literackiego. Książka jest połączeniem tego wszystkiego i to zapewne miało stanowić o jej niezwykłości. Znajdziemy tutaj wiele interesujących anegdotek o Iwaszkiewiczu, jego najbliższych, ale również dalszych krewnych, o Stawisku, środowisku artystycznym, w którym się obracał. To wszystko jest bardzo ciekawe, jednak często miałam wrażenie, że autorka nagle przerywa te historie, nie kończy ich, a może nie wykańcza ich tak misternie, jakbym tego oczekiwała? Chyba tutaj kryje się moje największe rozczarowanie tą książką.

Chociaż nie powinniśmy oceniać książki po okładce, to aż nie sposób nie zwrócić uwagi na wydanie Pra.... . Bierzemy do ręki naprawdę dobrze opracowaną edytorsko pozycję. Wszystko, od okładki po fonty, jest dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. I jeszcze te zdjęcia, które dodają klimatu. Po raz kolejny przekonałam się, że czytanie dobrze wydanej książki zdecydowanie podnosi jakość czytania. Zresztą, pod tym względem, bardzo sobie cenię Wydawnictwo Literackie.

Książkę przeczytałam dzięki Robertowi stąd i jego akcji podaj książkę dalej. Was również zapraszam serdecznie do zabawy.
Zapraszam do udziału w akcji

czwartek, 3 października 2013

Sztuka cenniejsza niż złoto

Jedna Pani Profesor zapewniała mnie ostatnio, że kiedy historyk sztuki zagłębia jakiś temat koniecznie zagląda do Sztuki cenniejszej niż złoto, aby dowiedzieć się, co na dany temat ma do powiedzenia wielki autorytet wśród tego fachu, profesor Jan Białostocki.

Sztukę cenniejszą niż złoto zaczynałam już czytać przynajmniej kilka razy. Pierwszy raz, jeszcze w liceum, przygotowując się do matury z historii sztuki. Wtedy próbowałam ją czytać jak powieść, do poduszki. Szło mi całkiem nieźle. Zakładka mówi, a zakładka nie kłamie, że doszłam aż do rozdziału VII, czyli skończyłam średniowiecze i już prawie zaczynałam renesans. Potem, już na studiach, zaglądam do konkretnych rozdziałów a nawet niewielkich fragmentów przy okazji przygotowywania różnych uczelnianych projektów.

Teraz, zaintrygowana opinią Pani Profesor, przyjęłam zupełnie odmienną taktykę. Czytam rozdziałami, zupełnie nie po kolei. Ktoś może powiedzieć, że nie po kolei to mam w głowie. Taki ktoś może być nawet bardzo blisko prawdy, a jednak tak mnie jest wygodniej. Dzisiaj interesuje mnie iluzjonistyczne malarstwo baroku. Więc czytam rozdział temu poświęcony. Przy okazji coś zanotuję. Wychwycę jakąś ciekawostkę. A nawet zrobię notatkę. Uwaga, bazgrzę bezlitośnie po swoich książkach. Niezależnie od ceny, jaka widnieje z tyłu na okładce.

Bardziej gorszące dla kogoś może być to, co napiszę teraz. Otóż być może profesor Białostocki Ameryki nie odkrywa. Tzn. może ją odkrywał kilkadziesiąt lat temu, kiedy Sztukę... publikował. A Pani profesor też wiekowa... W każdym razie jest to miła odskocznia od bardziej szczegółowych analiz, z którymi mam do czynienia na co dzień. Ot tak, taki przyjemny przerywnik. Całkiem bogaty w różne perełki.

Samą mnie zastanawia, czy kiedyś przeczytam Sztukę... w całości? Jeśli tak, to będzie to wielki dzień dla mojego samorozwoju. Na pewno Was o tym poinformuję.

Wiadomo, z moją konsekwentnością jest różnie. Gdy tylko coś postanowię, gdy tylko stworzę plan działania, to niemal mogę być pewna, że przynajmniej połowy z tych rzeczy nie zrobię. Może zbyt ambitnie podchodzę do układania takiego planu? A może po prostu należy wyćwiczyć swoją konsekwentność? Chociaż, jeśli chodzi o niektóre rzeczy, potrafię być zaskakująco konsekwentna. Jakieś pomysły na większą skuteczność w realizacji planów? Może system nagród? Ale bez kar, kary mnie nie mobilizują.

Na październik mam zaplanowane coś specjalnego. Ciekawe, jak tym razem mi pójdzie?


A miałam napisać o czymś zupełnie innym...

czwartek, 19 września 2013

Jak powinna wyglądać rewolucja?

Rewolucja. Każdy z nas ma swoje skojarzenia związane z tym pojęciem. Jednak jestem pewna, że to, co będzie wspólne dla naszych definicji, to takie słowa, jak znaczące zmiany zachodzące w stosunkowo krótkim czasie. Czy ktokolwiek z nas wyobraża sobie rewolucję taką, jaką zaproponował nam Mario Vargas Llosa?

Rewolucjonista. Każdy z nas ma swoje wymagania względem prawdziwego rewolucjonisty. Czy Alejandro Mayta spełniłby je chociaż po niewielkiej części? Czy nie byłby dla nas rozczarowujący jako rewolucjonista?

Mario Vargas Llosa wykreował postać Mayty w sposób zupełnie niezwykły. Poprzez mistrzowską narrację zapoznaje nas z człowiekiem o wielu twarzach. Można powiedzieć, ilu świadków wydarzeń, tylu Alejandrów. Dla każdego z nich był kimś innym.
Aby dać nam pełen obraz Mayty na kolejnych kartach powieści narrator spotyka osoby związane z nim w najróżniejszy sposób. Spotykamy jego współtowarzyszy partyjnych, matkę chrzestną, siostrę Vallejosa, byłą żonę Mayty... Ich wspomnienia przeplatają się, uzupełniają a czasem całkowicie wykluczają. Zamyka je osobiste spotkanie autora z Maytą. Jakie na nim zrobi wrażenie rewolucjonista? Czy te informacje, do których dotarł w trakcie rocznego śledztwa znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości? Czy ten starszy, zniszczony przez życie i pozbawiony ideałów mężczyzna, to naprawdę nasz Alejandro? Co takiego musiało się wydarzyć, że przestał wierzyć w rewolucję?

Alejandro Mayta to trockista, wierny członek RPR(T). Jego czas upływa na działaniach partyjnych, pisaniu artykułów dla „Głosu Robotniczego” a także kolportażu gazety. Co na pewno zadziwi czytelnika to skala działań partii. Czy wyobrażamy sobie dzisiaj partię składającą się z zaledwie kilku członków? W kluczowym dla siebie momencie Mayta spotyka młodego człowieka przepełnionego nie tylko rewolucyjnymi ideałami, ale przede wszystkim energią do działania. Ta energia, ta świeżość staje się odżywcza dla Mayty. Sprawia, że jego nadzieje na zmiany rodzą się na nowo, ale tym razem, w jego oczach, ich realizacja jest tuż na wyciągnięcie ręki.

Llosa nas czaruje kunsztem swojego warsztatu literackiego. Zabiera nas w podróż do Peru. Niespokojnego, pełnego zamieszek, brudnego. Czy Peru czasów Mayty wyglądało podobnie? Czy nastąpiły zmiany tak bardzo upragnione przez Maytę? Zmiany, dla których walczył i tak wiele poświęcił wraz z swoim przyjacielem Vallejosem. My, czytelnicy, zadajemy sobie pytanie: Jaki to miało sens, Mayta?

Zaczął marzyć. Jakie będzie Peru za kilka lat? Będzie pracowitym mrowiskiem, odbijającym w skali całego kraju atmosferę, jaka dzięki idealizmowi chłopców panowała w tej furgonetce. Tak jak oni teraz, czuć się będą wtedy chłopi, właściciele swojej ziemi, i robotnicy, właściciele swoich warsztatów pracy, i urzędnicy, świadomi tego, że służą całej społeczności, nie zaś imperialistom, milionerom czy też lokalnym kacykom lub partiom. Zniknie dyskryminacja i wyzysk, zniesione zostanie prawo dziedziczenia i w ten sposób położy się podwaliny pod równość wszystkich obywateli.1

Innym problemem, który autor umiejętnie wplata pomiędzy wiersze głównej historii o Alejandrze, jest sam proces literacki, dochodzenie do prawdy i kreowania bohatera. Wielokrotnie podkreśla, że powieść, którą właśnie tworzy ma być fikcją. Nie zdradzi nam prawdziwego imienia i nazwiska bohatera a wydarzenia tak pokręci, że nawet ci, którzy znają Maytę, nie będą wiedzieć, że to chodzi o niego. Jednak, i tak chce poznać prawdę, aby móc kłamać z wiedzą o prawdzie. Chce stworzyć raczej coś inspirowanego jego życiem. Nie chodzi o biografię, lecz o powieść. Jakąś bardzo luźną historię o tamtej epoce, środowisku Mayty i o sprawach, które się wtedy działy.2

Historia Alejandra Mayty to moje pierwsze spotkanie z twórczością Maria Vargas Llosy. I na pewno nie ostatnie. Chociaż na pierwszy rzut padło na książkę zaangażowaną politycznie, pisarz uwiódł mnie swoim prowadzeniem narracji. Tak, czasem nie miałam pojęcia, czy jestem w czasach Mayty, czy współczesnych narratorowi. Szczególnie na początku, jednak wraz z każdą stroną mój umysł przyzwyczajał się do tych zmian narracji i wraz z każdą stroną byłam coraz mocniej zaintrygowana akcją i związana z naszym komunistą.


Źródło




1Str. 254-255
2Str. 18

wtorek, 30 lipca 2013

Jako człowiek dobrze obeznany z moskiewskim życiem teatralnym, mogę zaręczyć, że ani takie teatry, ani tacy ludzie, jakich nieboszczyk opisał w swojej powieści, nigdy w rzeczywistości nie istnieli.*

Bułhakow. To nazwisko budzi we mnie wiele pozytywnych odczuć. Chociaż, poza Powieścią teatralną, przeczytałam dotychczas tylko Mistrza i Małgorzatę, to mogę spokojnie powiedzieć, uwielbiam każde jego słowo. Jest moim literackim Mistrzem. 

A jednak do Powieści teatralnej długo dojrzewałam. Zanim po nią sięgnęłam, przeleżała na półce dobry rok czasu. Kupiłam ją za symboliczną złotówkę w bibliotece w zeszłe wakacje, i tak sobie czekała.

Na pierwszy rzut oka jest to opowieść o Siergieju Leontjewiczu Maksudowie. Nie był on wybitnym pisarzem. Wręcz przeciwnie, z prawdziwym kunsztem pisarskim miał niewiele wspólnego. Mam wrażenie, że wszystko, co go w związku z jego literacką karierą spotkało, było dziełem dziwacznego przypadku. Przyznaję szczerze, że znając Mistrza i Małgorzatę, oczekiwałam momentami jakiegoś bardziej wyrafinowanego spisku, ale nic się takiego nie wydarzyło. Wygląda na to, że Maksudow miał takie „szczęście”. Najpierw, jakiś niezwykły wewnętrzny przymus „zmusił” go do napisania powieści. Fatalnej powieści. Nudnej, nabazgranej okropnym, prostym i mało wyrafinowanym językiem. A mimo to, miał ogromną nadzieję na jej wydanie. Czy nie jest tak z każdym pisarzem? Każdy przecież chce, aby jego dzieło zostało opublikowane, mało który tak naprawdę pisze do szuflady. Jednak to nie owa językowa fatalność stoi na przeszkodzie opublikowania powieści, ale... cenzura.
Znowu wewnętrzny przymus każe Maskudowi pisać. Tym razem na podstawie powieści powstaje sztuka teatralna. Być może jest równie słaba, jednak sztuką bardzo szybko zainteresował się Teatr Niezależny. Początkowo Maskudow jest zafascynowany teatrem, zachłannie chłonie jego atmosferę. Szybko zostaje sprowadzony na ziemię i poznaje brutalne prawa, którymi rządzi się teatralne życie. Ciągłe zmiany w sztuce, sprawiające, że sztuka przestaje być sztuką Maskudowa. Bo przecież, skoro najważniejsi aktorzy teatru są starszymi mężczyznami, to jak bohaterem sztuki może być młodzieniec? Co ma robić starszyzna? Ustąpić miejsca młodym? Zejść ze sceny? Iść na emeryturę i zająć się plewieniem ogródka? Jakże aktualne są dzisiaj te problemy, i to nawet nie tylko w kontekście teatru, ale naszej codzienności i ciągle wydłużającego się życia przeciętnego człowieka.
Tak więc, Maskudow szybko traci miłość do teatru. Powieść nie ma końca. Chociaż właściwie zakończeniem jest przedmowa Bułhakowa.

Bułhakow izoluje się od słów napisanych przez Maskudowa, narratora powieści. Podkreśla, że tylko dokonał niezbędnych poprawek w notatkach Maskudowa. Mimo to, uznajemy Powieść teatralną za powieść autobiograficzną. Problemy Bułhakowa z wydaniem jego powieści nie są żadną tajemnicą, jak również jego współpraca z Moskiewskim Teatrem Artystycznym.
Ciągle chodzi mi po głowie pytanie, dlaczego przedstawił siebie jako tak nieporadnego i beznadziejnego pisarza?
A zatem notatki Maksudowa są jedynie płodem jego wyobraźni. Dodajmy - chorej wyobraźni, Siergiej Leontjewicz cierpiał bowiem na chorobę, noszącą wielce niemiłą nazwę melancholii.*

Powieść teatralna, to książka, której czytanie, mimo braku dynamicznej akcji, jest niezwykłą przyjemnością, literacką ucztą. Wewnętrzne przemyślenia Maskudowa są mistrzostwem, nawet jeśli prowadzone są w nieco senny sposób. Pomiędzy wierszami poznajemy Bułhakowa i jego stosunek do literackiego i teatralnego świata i rzeczywistości, w której przyszło mu tworzyć. 


 * Michaił Bułkow, Powieść teatralna

sobota, 20 lipca 2013

Słoneczniki

Uważam, że opisywanie książek należy rozpocząć tuż po zakończeniu czytania. Relacja jest wtedy świeża i łatwiej przychodzi jej napisanie. Jednak, jak już Wam o tym wspomniałam, nie dałam rady dotaszczyć jeszcze tej książki do Krakowa. Dzisiaj, wykorzystując swój jednodniowy pobyt w domu, próbuje coś tam o niej stworzyć. Już trochę zapomniałam o emocjach jakie towarzyszyły mi w czasie jej czytania. Czy nie jest to najlepsza opinia? Czy nie macie tak, że są książki, o których, gdy tylko sobie przypominacie, macie motyle w brzuchu? No właśnie... Są książki, które wywołują we mnie skojarzenia podobne do pierwszych pocałunków, tych nieśmiałych, kiedy te przysłowiowe motyle łaskoczą przyjemnie.
A książka, o której zaraz opowiem... Może po kolei?

Rozjarzone słoneczniki, które wyrwane z ziemi, uwięzione w glinianym dzbanku powinny być smutne i zapomniane. Nie były. Wiły się jak żywe, a ich żółty kolor był tak promienny, tak nieujarzmiony - och, że aż chciałam ich dotknąć, Chciałam przesunąć palcami po płótnie, poczuć jego szorstkość, każdą grudkę farby, każdy wir i maźnięcie. Musnąć pieszczotliwie każdą linię i wypukłość, naniesioną jego ręką, prześledzić błękitne litery jego imienia.

Źródło: lubimyczytac.pl
Bohater, którego dzieła znają chyba wszyscy. Możemy mieć kubek z jego słonecznikami. Ręcznik, poduszkę, talerz. Ja mam pudełko, które sama zrobiłam. Nieistotne.
Vincent van Gogh. Wszyscy dobrze znamy tego pana.
Historia, którą także znamy wszyscy. Vincent van Gogh wręcza swojej ukochanej prostytutce Racheli zawiniątko. Tak, to jego ucho.
Jednak dlaczego by tak wszystko upraszczać? Może prostytutka wcale nie była zwykłą prostytutką, ale kimś ważnym dla niego? Może nie bez powodu to akurat ucho Vincent podarował dziewczynie?
 
Słoneczniki Sheremy Bundrick to opowieść skupiająca się głównie na etapie życia artysty w Arles. Narracja dosyć interesująca, bo historię poznajemy oczami właśnie Racheli, owej prostytutki. Są to jakby jej wspomnienia.

Słoneczniki w tej opowieści są kluczowym obrazem. Przewijają się przez wiele stron. Wyjątkowe są dla naszej narratorki, Racheli, ponieważ kojarzą jej się z rodzinnymi stronami. Wyjątkowe są również dla Gauguin'a, o którym wiemy, że przez jakiś czas gościł w żółtym domu i być może to on stał się przyczyną, dla której van Gogh obciął sobie ucho.

Autorka podkreśla, że wszelkie postacie w tej książce są fikcyjnie. Myślę, że dobrze zrobiła pisząc to. Pamiętajmy, nie mamy w rękach biografii a jedynie opowieść inspirowaną życiem artysty. Wiele tutaj fikcji i sam Vincent jest postacią nieco fikcyjną. Przecież skąd wiemy jakby zareagował na te wydarzenia, które autorka wymyśliła?
Trochę mnie dziwi, że Sheremy Bundrick, jako historyk sztuki, zdecydowała się napisać tą opowieść. Jak już wspomniałam, w większości jest fikcją a poza tym wyszło tutaj trochę takie tkliwe romansidło.
Jednak jako historyk sztuki wykreowała wiele fantastycznych, chociaż krótkich, to niezwykle trafnych opisów dzieł van Gogha. Te opisy są pełne jakieś takiej czułości i intymności. Spoglądamy na znane nam od dawna obrazy, oczami kobiety, która kocha artystę. To jest zdecydowany plus tej powieści.
Plusem jest także to, co zawsze podkreślam, przy tego typu opowieściach, że pobudzają nas do szukania i zadania sobie pytania: Czy tak było naprawdę? Zaczynamy wtedy wertować inne książki i przeszukiwać internet, aby odnaleźć przynajmniej podstawowe informacje o bohaterze książki. Zdaję sobie sprawę, że istnieje także ryzyko, że nikt z osób, które przeczyta tą książkę, nie pomyśli nawet, że to fikcja i będzie żyła w przekonaniu, że ta romantyczna historia wydarzyła się naprawdę.

Jak już przed chwilą napisałam, jest to romantyczna historia. Dla mnie trochę wybielająca Vincenta, bardzo po ludzku traktująca jego chorobę.

Podsumowując, całkiem niezła opowiastka do poczytania w drodze do pracy albo na plaży. Jednak nie oczekujmy zbyt wiele. Momentami tkliwa tak bardzo jak się tylko da, momentami ekscytująca, a czasem po prostu może nas nieco nudzić.




środa, 8 maja 2013

Jak uczyć się sztuki. Część II.

Postanowiłam wrócić dzisiaj do postu sprzed kilku miesięcy, gdzie przedstawiłam kilka książek przydatnych podczas przygotowań do matury z historii sztuki. Przyszła pora na kolejną dawkę literatury związanej ze sztuką. Po chwili namysłu, stwierdziłam, że pokaże Wam swoje niezbędniki. Nazywając te książki niezbędnikami patrzę na to z dystansem. A jednak nie wyobrażam sobie bez nich codziennego funkcjonowania. Nikt nie jest alfą i omegą, dlatego, przyznaje bez bicia, że nieraz uratowały mi życie i bywały okresy, że książki te stanowiły podstawowe wyposażenie mojej torebki. Oczywiście nie wszystkie naraz, bo są to całkiem opasłe tomiska. I znowu nasuwa się refleksja. Dlaczego, o ich istnieniu nie wiedziałam w czasie swoich przygotowań do matury? O niektórych wiedziałam, a mimo to nawet do nich nie zajrzałam. Ignorancja? Pewnie poniekąd również, ale także dostęp do nich. Dzisiaj się ich dorobiłam i mam je na swojej półce. Zamiast szukać definicji w Internecie, zaglądam do słownika i dobrze mi z tym. Mam spokojne sumienie, bo posiadam wiedzę z wiarygodnego źródła.

Zaczynamy:


Z czego korzystać przygotowując się do matury z historii sztuki?

2. Niezbędniki, czyli wszelkiego rodzaju leksykony i słowniki, które ułatwiają nam poruszanie się po pięknym, lecz niewątpliwie hermetycznym, świecie sztuki. Czasem okazuje się, że na detal architektoniczny, którego opis w analizie ambitnie próbujemy skrócić do zdania złożonego z trzydziestu słów, ma swoją, całkiem dobrze brzmiącą dla ucha, nazwę. Tutaj przychodzą nam z pomocą liczne publikacje. 

Na dobry początek, ta która najczęściej stanowiła to stałe wyposażenie mojej torebki


Słownik terminologiczny sztuk pięknych, wyd. PWN 
W czasie praktyk u Miejskiego Konserwatora Zabytków, czy zabytkoznawczych praktyk wyjazdowych miałam ją cały czas przy sobie. Mój egzemplarz jest pełen podkreśleń, fiszek, zakładek i rysunków. Warto mieć swój egzemplarz :)
Kupując Słownik... miałam do wyboru nową książkę (akurat w matrasie była duża promocja na PWN) i stare, właściwie to bardzo stare, wydanie z antykwariatu za niemal tą samą cenę. Oczywiście wybrałam nowe wydanie i w praktyce okazało się, że to starsze jest dużo lepsze. Nowe zostało skrócone o pewne definicje i zawiera trochę błędów. Jednak jest naprawdę ładnie wydane, w środku znajdują się wkładki z ilustracjami, wiele pojęć jest zilustrowanych, jest tu całkiem niezła tablica z ornamentami i wiele innych przydatnych informacji. 
Moim zdaniem, ta książka jest niezbędna. Nie wiem, czy istnieje lepszy, albo jakikolwiek inny słownik terminologiczny z zakresu sztuki. 


Wilfried Koch, Style w architekturze 
Tutaj znajdziecie wszystko o architekturze. Na dodatek wszystko bogato zilustrowane. Raczej niewiele tekstu w porównaniu do ilustracji. Ze względu na ilość materiału, wiadomości podane są w bardzo konkretnej, zwięzłej formie. Style, detale, ornamenty, założenia urbanistyczne. Pierwszy kontakt z tą książką jest bolesny i trudny. Zanim się opanuje jej wewnętrzną konstrukcje, miła troche czasu. Trzeba się też przyzwyczaić do formy przekazywania wiedzy. Ta książka to jakby jedna wielka tabelka, plansza z informacjami. Oczywiście nie jest ona wolna od błędów. Chociaż, podobno nowe wydanie jest poprawione. Ja posiadam to starsze, takie biało-niebieskie. Nasza pani profesor jest nieco uczulona na punkcie tej książki, ale ja uważam, że jest naprawdę niezła i bardzo pomocna.


Witold Szolognia, Architektura i budownictwo, ilustrowana encyklopedia dla wszystkich
Również bardzo lubię tą książkę. Pojęcia są tu wyjaśnione w jasny sposób. Architektura ogólnie chyba sprawia najwięcej problemów podczas nauki. Posługuje się specyficznym językiem, który historyk sztuki musi bardzo dobrze opanować, aby móc mówić potem o zabytkach architektonicznych. Tutaj mamy encyklopedię typowo techniczną, nie znajdziemy raczej wyczerpujących informacji na temat stylów, ale różnica pomiędzy pilastrem a lizenem, albo boniowaniem a rustyką przestanie być dla nas czarną magią.




Ciąg dalszy nastąpi, być może jako edycja tego postu. 

Teraz, jak zwykle, kolej na Was. Ciekawa jestem, z czego Wy korzystacie pogłębiając swoją wiedzę z zakresu historii sztuki. Czekam na wszelkie sugestie w temacie.

Pozdrawiam!

piątek, 3 maja 2013

O pewnym denerwującym i flegmatycznym Angliku...



W całej tej powieści, jedne, co na pewno mnie irytowało, to jej bohaterowie.

Gdybym miała w jednym zdaniu ująć swoje odczucia względem Walki Kotów Eduarda Mendozy, to pewnie tak, by ono brzmiało.
Przyznaję zupełnie szczerze, że czuje niedosyt. To moje pierwsze spotkanie z Mendozą i chyba oczekiwałam od niego więcej. A tu wszystko dalej takie niedokończone...

Przecież predyspozycje są. I to jakie...
Głównym bohaterem miał być historyk sztuki. Jak dla mnie to na plus, mam pewną słabość do tego fachu. Jednak flegmatyczny i, jakiś taki, nijaki Anglik, znawcą i pasjonatą sztuki hiszpańskiej? Przez całą akcję sprawiał wrażenie oderwanego od kontekstu i zupełnie nie pasującego do pozostałych elementów powieści. A co gorsza, strasznie mnie denerwował. Ciągłe te jego egoistyczne ja i mój obraz... Jak to możliwe, że nagle całe madryckie życie skupiło na nim swoją uwagę? Jedyne, co ciśnie się na usta, to, że Anthony Whitelands to po prostu, taka typowa... ciepła klucha.
Nie myślcie sobie, Kochani, że nasz Anglik to jedyny bohater tej powieści. Poza nim jest jeszcze parę kobiet i kilku mężczyzn, którzy wcale nie czynią życia Anglika prostszym. Jednak ich rola w tej zawiłej kompozycji jest dla mnie zbyt zagmatwana, aby próbować ją tutaj wyjaśniać.
Narracja. Prawdziwy majstersztyk. Doskonale ukazana sytuacja polityczna Madrytu w 1936, u progu wojny domowej. Pod tym względem powieść jest fantastyczna. Fragmenty opowiadające o Velazquezie i Tycjanie to takie wisienki na torcie.
Tak, ta książka się zapowiadała całkiem nieźle. Jednak w trakcie czytania, wielokrotnie, zaskoczona dziwnymi wypadkami, które przytrafiały się Anthonemu, pojawiała się myśl: Jeszcze tylko tutaj brakuje tego i tego... i kilka stron dalej ku memu przerażeniu działo się coś równie irracjonalnego.

Walka Kotów wzbudzała we mnie skrajne odczucia. Czasem czytałam z wypiekami na twarzy, czasem miałam ochotę odłożyć książkę, czasem nie potrafiłam wyjść z  podziwu nad talentem literackim Mendozy, a czasem zastanawiałam się, co takiego musiało wydarzyć się w jego życiu, że stworzył tak dziwną, abstrakcyjną akcję? Zrobił to specjalnie i świadomie? Czy po prostu wypalił się zawodowo?

Na pewno warto przeczytać, żeby choć na chwilę przenieść się do Hiszpanii. Tą hiszpańskość czuć tu na każdym kroku i to jest chyba powód, dla którego książka ta zyskała taką popularność na całym świecie.

Książkę przeczytałam w ramach akcji wędrująca książka. O szczegółach dowiecie się u Kasi.
Jeśli macie ochotę również ją przeczytać, zapisać możecie się tu. Zapraszam Was serdecznie do zabawy!


Taka moja drobna osobista uwaga. Mam nadzieję, że w swojej miłości do sztuki nie stanę się takim flegmatycznym Anglikiem. Chociaż jego poświęcenie dla obrazu, który rzekomo miał wyjść spod ręki Velazqueza, jest nawet godne podziwu.

piątek, 8 marca 2013

Tajemniczy uśmiech tajemniczej kobiety

 Leonardo nic nie powiedział. Zamknął oczy i pożałował, że nie zginął w katastrofie. Miał nadzieję, że będzie wychwalany za wspaniały lot, a zamiast tego wypadnie mu znosić ludzkie docinki, szyderstwa. Znowu los odmówił mu triumfu jego geniuszu. Znowu mu się nie powiodło- i nie z jego winy. Nigdy nie zadziwi świata: urodził się pechowcem.

Zacznijmy o tego, że w życiu i twórczości Leonarda wielu krytyków, historyków sztuki, czy po prostu pasjonatów doszukuje się niestworzonych intryg, zabarwień symbolicznych i innych, dla mnie niezwykle naciąganych, historii. Dan Brown pisze swój Kod Leonarda da Vinci. Po czym pojawiają się kolejne publikacje mające na celu potwierdzić bądź zanegować jego tezy. Nie jestem historykiem sztuki, póki co. Nie przeczytałam nawet Vasariego w całości. Dlatego nie mnie oceniać i tak głęboko analizować jego, dosyć nieliczne dzieła.
Wśród tego natłoku literatury podejmującej próby opowiedzenia jego losów w formie ciekawej i popularnej prozy, myślę, że Pierre La Mure ujmuje temat w sposób tak spokojny, wolny od intryg i prosty, że stanowi przyjemną, choć zapewne nudniejszą, odskocznię.

Jeśli myślicie, że czytając Prywatne życie Mony Lisy, z wypiekami na twarzy będziecie śledzić losy skandalistki opowiedziane z najdrobniejszymi i najpikantniejszymi szczegółami, zapewne towarzyszyć będzie Wam nuta rozczarowania i goryczy. A przecież tytuł intryguje. Mówi: Czytelniku, czytaj, poznasz prywatne życie Mona Lisy. Przecież to niezwykle intrygująca kobieta. Jesteś ciekaw, prawda Czytelniku?




Cała powieść to zaledwie 500 stron. Na opowiedzenie historii jednej kobiety, całkiem sporo. Na przeniesienie czytelnika w świat renesansowej Florencji, przedstawienie postaci Leonarda, zapoznanie nas z wszystkimi wielkimi rodami florenckimi, których roli w dziejach sztuki nie należy negować, no i jeszcze ci wszyscy papieże oraz historie o tym, jak stali się głowami Kościoła... Sami dokończcie tą myśl. Autor podejmuje sporo wątków. Nieco karkołomne wzywanie.

Przygotowując post przejrzałam kilka innych recenzji tej powieści. Zawsze obiecuje sobie, że nie będę tego robić, co by się nie sugerować, jednak bywa, że ciekawość zwycięży. Najczęściej powtarzającym się zarzutem wobec La Mure była właśnie ta wielowątkowość, w której gubi się historia naszej tytułowej bohaterki. Jednak życie codzienne florenckiej społeczności jest ukazane z dużym wdziękiem i poczuciem humoru. Uśmiech na mojej twarzy wywoływał opis przygotowań do narodzin dziecka, reakcja na jego płeć, czy poranne wstawanie dziadka Giocondy. Wprowadzenia w kontekst polityczno-społeczny wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Czasem bywały niezbędne do zrozumienia znaczenia wydarzeń a czasem, po prostu je pomijałam.

Leonardo da Vinci. La Mure zachwiał mój obraz tego artysty. Jestem pewna, że mocno przerysował jego postać. Fakt, pozostawił niewiele dzieł. Dużo kombinował, czego skutkiem jest stan Ostatniej Wieczerzy, nie wywiązywał się z umów. Całe jego życie było ucieczką. Żył w swoim świecie, kroił zwłoki dla poznania anatomii. Marzył o lataniu. Zaczynał i nie kończył. Był przekonany o swojej wyższości i geniuszu. Nazywał się architektem, chociaż niczego nie wybudował, rzeźbiarzem chociaż nigdy nie rzeźbił. Marzył i żył tymi swoimi mrzonkami. Gadał i nie robił. Jednak nie to wszystko było dla mnie najgorsze. Najgorsze było to, że Leonardo wykreowany przez La Mure, nie cierpiał malować. Robił to tylko wtedy kiedy musiał i nie miał już naprawdę za co żyć. Marnotrawstwo niezwykłego talentu?

Mona Lisa. Kim była? Kto zamówił jej portret? Pewnie La Mure kreował jej postać na tekstach Vasariego. Wysuwa dosyć odważną tezę. Albo, lepiej będzie powiedzieć, wymyśla ciekawą historię. Nie zapominajmy, że jest powieść a nie analiza, czy biografia. Nie będę egoistką i nie powiem Wam, jak historię stworzył dla tej tajemniczej damy autor.


Prywatne życie Mona Lisy czytałam całe wieki, wielokrotnie przerywając, by, po nawet kilku tygodniach, wracać do historii Giocondy. Lubię tego typu powieści, bo chociaż bywają zupełną bajką i trzeba mieć do nich duży dystans, pobudzają do myślenia i szukania odpowiedzi na pytanie: jak to było naprawdę?. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Idę do naszej nowej czytelni, biorę z półek wszystko na temat Leonarda i przeglądam. Szukam i poznaję.




*Coraz częściej przyłapuję się na tym, że czytając książkę, dużo myślę o tym, co powinnam o niej napisać. I chociaż jestem trochę do tyłu z postami, to niezwykle ciężko jest mi ją odnieść do biblioteki dopóki czegoś nie napiszę.


czwartek, 31 stycznia 2013

Jak uczyć się sztuki. Część I.

Dzisiaj będzie o książkach, jednak tak trochę nietypowo. Zazwyczaj nie opisuję książek, które towarzyszą mi na co dzień, czyli związanych ze sztuką. Nie robię tego, bo raczej nie ma takiego zapotrzebowania i zainteresowania tym. A jeśli już, to ograniczam się do biografii bądź książek bardziej, jak ja to nazywam "sfabularyzowanych". Tak więc, teraz, mały wyjątek.

Być może to, co teraz napiszę przyda się tym, którzy obecnie się przygotowują do matury z historii sztuki. Post powstaje dlatego, że sama miałam z tym problem kilka lat temu. Studia nauczyły mnie korzystać z bibliografii i wyszukiwać interesujących mnie książek. Jednak przyznaję, w liceum, nie bardzo wiedziałam co zrobić z kilkustronicową literaturą podaną przez nauczycielkę. Gdzie znaleźć? Co z tego wybrać? Która najlepsza? Już nie wspomnę, jaki miałam mętlik w głowie, kiedy chciałam znaleźć coś o konkretnej epoce bądź kierunku. Trzeba było znaleźć coś, co nie będzie tylko i wyłącznie albumem lub przewodnikiem dla turystów a nie będzie również przeładowane informacjami i zapakowane w hermetyczne słownictwo. Nie czarujmy się też, że książki o tej tematyce są super łatwo dostępne i tanie. Ale po kolei.

Czyli:

Z czego korzystać przygotowując się do matury z historii sztuki?

1. Opracowania ogólne, gdzie wszystkie epoki od pradziejów są potraktowane przekrojowo, jednak wpakowane są w jeden lub dwa tomy. Szczerze powiedziawszy, myślę, że do matury zdecydowanie wystarczają takie opracowania. Nawet teraz, na studiach wracam do tych pozycji, gdy chcę coś na szybko powtórzyć, albo ładnie podsumować ogólny sens stylu, kierunku czy całej epoki. Jest ich kilka. Są lepsze i gorsze. Warto wybrać jedno lub dwa i mieć je zawsze pod ręką. Jeśli faktycznie zamierzacie zdawać maturę z historii sztuki, warto zainwestować, w którąś z tych książek, bo i tak będziecie z niej korzystać przez całe dwa lata przygotowań.

Zacznę od tej, z której ja się uczyłam. Wtedy myślałam, że jest to jedyny "podręcznik" do historii sztuki. Potem okazało się, że jest tego zdecydowanie więcej i są dużo lepsze. Jednak to była moja baza.

Barbara Osińska, Sztuka i czas, dwa tomy

Zaletami tej książki są: prosty język, czytelny układ, treściwość, oszczędność w opisach, konkretność i cena. Piszę cena, bo chociaż nowe wydawania to faktycznie kwestia ok. 70 złotych od tomu (co i tak nie jest dużo, jak na publikacje o sztuce), to stare wydania można kupić za grosze w antykwariatach lub na allegro. Treść pozostaje niezmienna bez względu na rok wydania. Starsze wydania nie są co prawda tak pięknie wydane, jednak nie liczmy, że w książce znajdziemy cały kanon dzieł. I tak większość trzeba wyszperać w Internecie.




Jan Białostocki, Sztuka cenniejsza niż złoto

Profesor Białostocki był naprawdę wybitnym historykiem sztuki i jego książki czyta się z największą przyjemnością. Jednak, o ile w Osińskiej, książka jest wyraźnie podzielona na rozdziały, podrozdziały i jeszcze różne inne podczęści, przez co bardzo szybko i łatwo się  z niej uczy, to Sztuka cenniejsza niż złoto, to dużo dłuższe rozdziały, więcej filozofowania na temat sensu dzieł i artystów. Przez to, przynajmniej dla mnie, była dużo ciekawsza. Nie polecam, jednak na szybkie powtórki przed sprawdzianem, albo kilka dni przed samą maturą. Na pewno nie jest to wiedza w pigułce. Chociaż, i tak na 740 stronach zmieścić całe dzieje sztuki?
Zalety: dużo ciekawych informacji, sprawdzone, rzetelne informacje, przystępny język.



Michaił Ałpatow, Historia Sztuki, 4 tomy

Do tej pozycji mam mieszane uczucia. Ałpatow to rosyjski historyk sztuki. Specjalista, zwłaszcza, sztuki ruskiej. W Polsce jego książki wydawane były w latach 70-tych. Autor nawet na świat sztuki przenosi pewne myślenie ideologiczne i po prostu... dużo specyficznej, aczkolwiek subtelnej, propagandy w tym wszystkim. Podobno wszystkie dzieci dostawały Ałpatowa na gwiazdkę, wiadomo kiedy. Pewnie dlatego dzisiaj jest wszechdostępny. Próbowałam czytać Ałpatowa, jak dla mnie ciężki język, dużo zbędnych opisów. Z założenia miała to być książka dla osób nie mających wcześniej kontaktu ze sztuką. Faktycznie, brak specjalistycznych pojęć, ale ten styl pisania mnie wykończył po pierwszych kilku stronach. Ogólnie jestem na nie, ale tak jak mówię, do książki jest bardzo łatwy dostęp. No i można kupić za grosze.








E.H Gombrich, O sztuce

Zdecydowanie moja ulubiona. Mniej więcej podobne cechy do Białostockiego. Czyli zdecydowanie nie na szybkie powtórki. Za to bardzo ciekawa, dużo informacji, wyjaśnień: DLACZEGO. To jest dosyć istotne w sztuce. Tego nie miała Osińska. Świetnie się czyta. Polecam nie tylko maturzystom, ale także wszystkim "ignorantom" sztuki. Z chęcią wracam do tej książki. Tak po prostu, poczytać.




Maria Rzepińska, Siedem wieków malarstwa europejskiego

Jeśli chodzi o to opracowanie, to zamieszczam je tutaj z kilku powodów, chociaż od razu zaznaczam, że nie przeczytałam tej książki. Mam ją na stosie do przeczytania i na pewno do niej zajrzę w ciągu najbliższych dni. A wymieniam ją, bo jest opracowaniem ogólnym, Rzepińska potrafi czytelnika zainteresować tematem i zainspirować a także zmusić do myślenia. O tym się przekonałam czytając Historię koloru, o której to za chwilę.

Maria Rzepińska, Historia koloru

Czy zauważyliście, że średniowieczne witraże w największych częściach składają się z błękitów i czerwieni? A czy, nie wydaje się Wam, że pewne kolory w sąsiedztwie innych barw dają zupełnie inne wrażenie niż towarzysząc innym barwom? Książka wyjaśniająca wiele niezwykłych zjawisk w sztuce związanych z kolorem i światłem. Poza tym, problemy barw omówione dla każdego stylu po kolei. Pozycja raczej nie nadaje się na wiodący podręcznik, ze względu na to, że skupia się głównie na kolorze. Jednak jako uzupełnienie polecam Wam jak najbardziej!


Jesse Wilder, Historia sztuki dla bystrzaków

Bardzo Was proszę, nie traktujcie tej książki jako jedynego źródła wiedzy. Nie jest to absolutnie podręcznik. Jest to naprawdę ciekawa książka, ale: na pierwszy kontakt ze sztuką (jeśli chcecie zarazić bliskich, znajomych miłością, entuzjazmem do sztuki, coś o tym wiem, to śmiało polecajcie im tą książkę!), jako lekka lektura na dobranoc, przed snem, w autobusie jadąc do szkoły.
Kiedy sięgam po nią? Gdy przygotowuję referat na zajęcia i chcę obudzić kolegów i błysnąć jakąś anegdotką ze świata sztuki. O tak, w anegdotki to ta książka jest przebogata.





Sztuka świata, Arkady, 16 tomów

Na koniec perełka. 16 pięknie wydanych książek o sztuce. Oczywiście nie przeczytałam wszystkich i nawet nie mam wszystkich w domowych zbiorach, chociaż nie ukrywam, że jest to moje ciche marzenie. Póki co kupuję na allegro te tomy, które w danym czasie mnie interesują. Lubię je przeglądać przed egzaminem, dla powtórki i utrwalenia. Dużo zdjęć dobrej jakości i konkretny tekst, bez przysłowiowego lania wody i rozdrabniania się nad szczegółami. Chociaż nie jest to pozycja obowiązkowa, zachęcam Was do przeglądania, czytania opisów nad ilustracjami lub konkretnych fragmentów, np. o jakimś malarzu, czy nawet samym obrazie. Każdy tom jest podzielony na jasno opisane rozdziały i podrozdziały, więc bardzo łatwo się odnajdziecie. Seria nie należy do najtańszych, każdy tom kosztuje od 80 złotych, chociaż czasem się trafi, któryś z tomów na allegro już od 30 złotych (tak tak ciągle poluje). Też nie ma co liczyć, że w któreś bibliotece dostaniecie je do domu, ale po co są te wszystkie okienka w szkole? Zapytajcie w bibliotece szkolnej, czy jest do nich dostęp i korzystajcie!








Jeśli chodzi o mnie, to tyle na dziś. Powstanie jeszcze post o innych "niezbędnikach", z którymi się właściwie nie rozstaję. Czasem dochodzi do sytuacji, że cały czas noszę w torebce Słownik sztuk pięknych. Jednak o tym, innym razem.

A jak wygląda Wasz kanon literatury o sztuce? Z czego korzystacie przygotowując się do matury z tego przedmiotu? Wszelkie sugestie w temacie, mile widziane.

Pozdrawiam!


---------------------
Edycja: Nie mam pojęcia czemu jest taka mała czcionka, ale nie potrafię tego zmienić.