piątek, 3 stycznia 2014

Podsumowując emocjonalnie

Witajcie serdecznie w Nowym Roku, koniec roku spędziłam wyjątkowo intensywnie. Przypomina mi już o tym tylko plecak porzucony zaraz przy drzwiach, ta odrobina przyjemnych wspomnień i zapach włosów. Moje włosy wciąż pachną przygodą. Uciekłam. Jak zwykle. Przed wspomnieniami, zadumą, podsumowaniami i postanowieniami noworocznymi.
Jednak, przed tym nie jest wcale tak łatwo uciec. To ciągle gdzieś jest. Wisi w powietrzu. Czeka cierpliwie na odpowiedni moment, który jest zazwyczaj najmniej odpowiednim momentem.
I mimo wszystko człowiek myśli o tych dniach, które ma już za sobą. że brakuje najbliższych osób, że tyle spraw zostało niezałatwionych, że tyle słów pozostało niewypowiedzianych a inne ugrzęzły w gęstej atmosferze pomiędzy nami.
Jaka byłam w zeszłym, tym już minionym roku? Jakie decyzje podjęłam? A jakich nie podjęłam? Jaki to miało wpływ na mnie i bliskie mi osoby? Jakie szanse straciłam przez swoje niezdecydowanie, brak odwagi? A przede wszystkim, dlaczego? Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć?
To nie był łatwy i przyjemny czas. Wręcz przeciwnie, naznaczony chorobą, bólem, utratą. A jednak, miał ogromny wpływ na to kim jestem i gdzie znajduję się teraz. To, co było najbardziej bolesne dało mi najwięcej siły na podjęcie zmian, na wykonanie pewnych kroków ku rozwojowi.
Nadal nie potrafię przyjmować tego wszystkiego z pokorą, jako naturalnego biegu rzeczy. Wciąż się przed tym buntuję. Jeszcze wiele tego buntu i przekory we mnie, braku zrozumienia. Tak bardzo chciałabym mieć wpływ na to wszystko, co się dzieje wokół.

Ten rok zaczynam nieco symbolicznie. Od opuszczenia rodzinnego gniazda.  Chociaż już sam początek nie zapowiada, że będzie łatwiej, to wkraczam w ten czas pełna nadziei, pragnień i chęci.

Dobrego roku Kochani!

piątek, 20 grudnia 2013

Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów.

Źródło


Zanim sięgnęłam po książkę, przeczytałam na jej temat wiele recenzji. Najczęściej pozytywnych i pełnych zachwytu nad ujęciem tematu przez Ludwikę Włodek. Z tym większymi oczekiwaniami rozpoczynałam jej lekturę. I teraz, z tym większym trudem przychodzi mi rozliczenie się z tych kilkuset stron. Trudno mi przechodzi przez usta słowo przeczytałam, jakże odpowiedniejsze jest tutaj przebrnęłam. Wraz z ostatnią stroną odetchnęłam z ulgą, że to już koniec. Nie chcę jednak powiedzieć, że czytanie Pra... było znowu taką straszną katuszą. Po prostu, po jej przeczytaniu, przebrnięciu tych kilkuset stron, czuję niedosyt.




Człowiek uczy się przez całe życie. Mimo to, aż wstyd się przyznać, do czasu sięgnięcia po Pra..., Iwaszkiewicza i jego małżonkę kojarzyłam głównie z pewnego portretu...
Tak, oczywiście chodzi o portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów autorstwa Witkacego. Być może niektórzy z Was jeszcze pamiętają, gdy kilka lat temu został znaleziony w jednej z łódzkich piwnicy a jeszcze wcześniej skradziony ze Stawiska. Witkacy namalował świeżo poślubionych małżonków w czasie ich pobytu w Zakopanem w 1922. Sama jestem ciekawa ich reakcji na ten portret. Iwaszkiewicz ujęty ekspresyjnie kontrastuje z realistycznie i „gładko” przedstawioną małżonką. Taka polska Piękna i Bestia.

Źródło
Niewątpliwie lektura ta stała się impulsem do zadania sobie pytania: Kim tak naprawdę był Iwaszkiewicz? Przecież nie tylko bohaterem dzieła Witkacego. Jarosław Iwaszkiewicz, czyli tak naprawdę jedna z największych osobistości polskiej literatury jawi mi się jak za mgłą. Teraz, jako pisarz, ale także i człowiek, jest dla mnie fascynujący. Jestem pewna, że w najbliższym czasie sięgnę do jego twórczości i przestanę go kojarzyć jedynie z tym niezwykłym portretem.

Ta opowieść była dla mnie zachwycającą przygodą, ale nie jako opowieść o konkretnych ludziach a raczej opowieść o pewnej rodzinie. Bliżej nieokreślonej, ale sympatycznej i czasem dziwacznej. Wynikało to być może z mojego braku skupienia przy czytaniu, jednak historia opowiedziana przez Ludwikę Włodek nijak nie stanowiła dla mnie ciągłej historii jednej rodziny. Za nic w świecie nie wiedziałam, kto był Stanisławem a kto kim innym. Zapamiętałam samego Jarosława, jego żonę i córki. Jeszcze byli jego nieco ekscentryczni teściowie...

Na swój sposób podoba mi się również klimat czasów Iwaszkiewicza. Stowarzyszenie Skamander, którego był współtwórcą, środowisko, które przewija się przez Stawisko, żona – pisarka i tłumaczka, współpraca z prof. Lorentzem przy ratowaniu zabytków. A z drugiej strony jest Iwaszkiewicz i jego specyficzny stosunek do władzy i Międzynarodowa Leninowska Nagroda Pokoju z 1980 roku. Po przeczytaniu tej książki chyba nadal nie do końca rozumiem, jakim był człowiekiem.

Ludwika Włodek stworzyła coś, co nie jest ani pamiętnikiem ani biografią. Nie potrafię przyporządkować też żadnego innego gatunku literackiego. Książka jest połączeniem tego wszystkiego i to zapewne miało stanowić o jej niezwykłości. Znajdziemy tutaj wiele interesujących anegdotek o Iwaszkiewiczu, jego najbliższych, ale również dalszych krewnych, o Stawisku, środowisku artystycznym, w którym się obracał. To wszystko jest bardzo ciekawe, jednak często miałam wrażenie, że autorka nagle przerywa te historie, nie kończy ich, a może nie wykańcza ich tak misternie, jakbym tego oczekiwała? Chyba tutaj kryje się moje największe rozczarowanie tą książką.

Chociaż nie powinniśmy oceniać książki po okładce, to aż nie sposób nie zwrócić uwagi na wydanie Pra.... . Bierzemy do ręki naprawdę dobrze opracowaną edytorsko pozycję. Wszystko, od okładki po fonty, jest dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. I jeszcze te zdjęcia, które dodają klimatu. Po raz kolejny przekonałam się, że czytanie dobrze wydanej książki zdecydowanie podnosi jakość czytania. Zresztą, pod tym względem, bardzo sobie cenię Wydawnictwo Literackie.

Książkę przeczytałam dzięki Robertowi stąd i jego akcji podaj książkę dalej. Was również zapraszam serdecznie do zabawy.
Zapraszam do udziału w akcji

czwartek, 12 grudnia 2013

Dzień dobry

Dzisiaj jest dobry dzień.
Dobra Dusza podarowała mi (no dobra, pożyczyła, ale bezterminowo) kilka numerów Przeglądu artystycznego z lat 60-tych. Szaleństwo, aż nie wiem, co czytać najpierw. Będę Was tutaj zamęczać moimi odkryciami. 
 
Poza tym, moja praca licencjacka zaczyna nabierać charakteru, co mnie bardzo cieszy. Dobrze, że temat podajemy dopiero gdzieś pod koniec. Czuję się trochę, jak przed maturą. Znów gdzieś pobrzmiewa te egzystencjalne pytanie: I co dalej?

Czytam prawdziwe masterpiece. Nie przeszkadzać.

Źródło

niedziela, 8 grudnia 2013

Nie mam ostatnio serca do tego miejsca. Słowa już nie wypływają jak dawniej. Raczej tkwią gdzieś głęboko ukryte i nie mają ochoty się ze mnie wydostać. Jestem teraz milcząca. Nie mam nic do powiedzenia. Robię różne rzeczy, żeby temu przeciwdziałać a przynajmniej spowolnić ten dziwny proces. Przechadzam się pomiędzy obrazami w galeriach, czytam więcej, wychodzę często na spacery do parku (szczególnie, gdy mnie coś zezłości, idę pod ZOO i z powrotem; jak dochodzę do domu jestem tak zmęczona i zmarznięta, że już nawet nie pamiętam co się stało), spotykam się z przyjaciółmi i bliskimi, robię dekoracje świąteczne. Może świąteczny klimat obudzi we mnie to coś? Nawet na biurku postawiłam sobie choinkę, którą wcześniej sama zrobiłam.
Już kilka razy zamierzałam Wam napisać, że chyba się spotkamy tutaj dopiero po Nowym Roku. Jak gdyby Nowy Rok miał coś zmienić. A jednak spróbuję jeszcze raz, teraz.
Jestem zdania, że istnieją pewne cechy, które możemy w sobie wyćwiczyć, np. kreatywność, pracowitość, sumienność, pozytywne myślenie, pewność siebie i wiele innych.
Stało się coś, co kawałek po kawałku pozbawiło mnie na pewien czas tych elementów mojej osobowości. Coraz bardziej odczuwam ich brak w swoim codziennym życiu. I chociaż, jak już wspomniałam, zaczynam od drobnostek, jestem niecierpliwa i szybko się zniechęcam. Jednak próbuje. Gdy trzeba, każdego dnia od nowa. Najbardziej efekty są widoczne w mojej organizacji czasu. W ciągu dnia potrafię zrobić naprawdę dużo. Co do mnie niepodobne, wybieram jednak czynności niewymagające kreowania.


Na dzisiaj mam pewien plan, trochę zamierzam się zmusić do działania. Liczę, że z każdym kolejnym razem pójdzie mi już łatwiej i przyjemniej. A Was Kochani, zostawiam z jedną z moich ulubionych pasteli Wyspiańskiego. Zimowo. Trochę sentymentalnie, bo z mojego pokoju w Krakowie miałam widok właśnie na Kopiec Kościuszki.

Stanisław Wyspiański,
Widok z okna pracowni na Kopiec Kościuszki, 1904 (źródło)
  

czwartek, 21 listopada 2013

Trochę we mnie Idealistki. Cały czas wierzę, że potrafię swoją pogodą ducha zmienić czyjeś życie. Że wystarczy moje zainteresowanie, zaangażowanie, uśmiech, aby druga osoba doświadczyła niezwykłości tego, co nas otacza i wydaje się takie zwykłe i codzienne. Nadal wydaje mi się, że każdy zasługuje na drugą szansę, a nawet na trzecią. Albo przynajmniej na odrobinę mojego czasu, mojej uwagi, jeśli tego potrzebuje. I ciągle wierzę, że kiedy nastąpi taki moment, że ja będę tego potrzebować, to do mnie wróci. Czasami nie wróci. O tym już też wiem.
Kiedy, mimo zmęczenia, siedzę do rana ze słuchawką przy uchu pocieszając Przyjaciółkę, wydaje mi się, że w odpowiednim momencie, ja również będę miała Kogoś, komu będę mogła się wyżalić. W tym odpowiednim momencie, okazuje się, że to nie jest dobry moment na moje problemy. Trudno, zdarza się.

Nie podoba mi się tu. W tym ludzkim świecie. Zupełnie tu nie pasuję. To nie moja rzeczywistość.
Ale ile mogę uciekać w świat sztuki? Owszem, jest fascynujący. Tyle tylko, że tkwię w nim sama.


Dzisiaj już tylko Śmierć Marata. Jacques-Louis David.


Dobranoc.


(a jak jutro wyjdzie słońce, przestanę się nad sobą użalać. szukam siebie na nowo i nie mogę znaleźć. ciągle to nie jest to, czego bym chciała od siebie. wiem, że mogę więcej i lepiej. wiem, że mój perfekcjonizm wykańcza. mnie również.)

niedziela, 17 listopada 2013

Oficjalnie otwieram sezon na długie jesienne wieczory. To kolejny wieczór, który spędzam w domu, pod kocem z kubkiem dobrej herbaty i lekką muzyką w tle. No i oczywiście do tego dobra książka. Ostatnio sporo czytam. Zawsze chodzę przygotowana na zajęcia. Rozpoczęłam również sezon na dekoracje świąteczne. Część już wykończona pojechała wczoraj w świat. Można powiedzieć, że się ogarniam. Jestem przykładną córką, siostrą, koleżanką i dziewczyną. Wszystko idzie jak w szwajcarskim zegarku. Sama siebie nie poznaję.








Tak więc, sami widzicie, kleję, lakieruję, kleję, lakieruję. W ilościach masowych.