No więc stało się. Chociaż od przeprowadzki minął już ponad miesiąc, to jest to mój pierwszy wpis w nowym miejscu. Na nowej kanapie. Na nowym stoliku. Pod nowym kocem. Z nowym kubkiem. Herbata pozostała bez zmian. Biała z miodem. Cała reszta mojego bycia uległa daleko idącym zmianom. Sprzątam. Gotuje. Piorę. Myje podłogi. Najgorsze - zmywam naczynia. Sama siebie pytam, jak to jest możliwe zmywać naczynia w XXI wieku? Gdzie jest zmywarka? Tak, rzeczywistość pochłonęła mnie bez reszty. Startuje w konkursie na perfekcyjną panią domu. A jednak, całkiem nieźle mi z tym. Tak, mogę gotować pół dnia obiad za jeden pocałunek i to spojrzenie, które mi mówi, że jestem najcudowniejsza na świecie.
Co więcej, po etapie: Uwaga, On próbuje naruszyć moją przestrzeń osobistą, Mężczyzna wywalczył trzy wieszaki i jedną półkę w mojej szafie. Wkraczamy w nowy etap naszego związku, czyli Ona akceptuje Jego na swoim terytorium dłużej niż 5 godzin. Zdecydowanie dłużej. 24 godziny na dobę. Poznajemy siebie i swoje nawyki. Docieramy się. Czasem jeszcze walczymy. Trochę żyjemy na walizkach. Ustalamy wspólną wizję przyszłości. Negocjujemy. Bywa, że każde z nas w swoim języku. Totalne szaleństwo. Mam nadzieję, że wkrótce odnajdziemy w nim pewną regułę.
Po tej dłuższej przerwie, spowodowanej ww powodami a także ciągłymi problemami z naszym jakże zawodnym łączem, wracam. Oby na dłużej a najlepiej już na zawsze.
czwartek, 13 lutego 2014
niedziela, 12 stycznia 2014
Pieszczoty.
Zrobiłam to. Zrobiłam. Nikomu nie mówiąc, po cichu, co by nie zapeszyć. Teraz pozostaje tylko czekać na odpowiedź. Pierwszy raz pojawia się myśl, że chyba bym wolała, żeby się jednak nie udało niż udało.
Obawy. Same obawy.
Nic nie jest takie jakie się wydaje być. Tak jak na tym obrazie. Na pierwszy rzut oka, oczywistość. Kiedy się przyjrzycie i zastanowicie się nad tym, co widzicie, zauważycie, że nic nie jest takie na jakie wygląda.
Fernand Khnopff, Pieszczoty, 1896. To jeden z tych przypadków, gdzie tytuł, irytująco tajemniczy, wcale nam nie pomaga w interpretacji.
Obawy. Same obawy.
Nic nie jest takie jakie się wydaje być. Tak jak na tym obrazie. Na pierwszy rzut oka, oczywistość. Kiedy się przyjrzycie i zastanowicie się nad tym, co widzicie, zauważycie, że nic nie jest takie na jakie wygląda.
Fernand Khnopff, Pieszczoty, 1896. To jeden z tych przypadków, gdzie tytuł, irytująco tajemniczy, wcale nam nie pomaga w interpretacji.
![]() |
| Źródło |
piątek, 3 stycznia 2014
Podsumowując emocjonalnie
Witajcie serdecznie w Nowym Roku, koniec roku spędziłam wyjątkowo intensywnie. Przypomina mi już o tym tylko plecak porzucony zaraz przy drzwiach, ta odrobina przyjemnych wspomnień i zapach włosów. Moje włosy wciąż pachną przygodą. Uciekłam. Jak zwykle. Przed wspomnieniami, zadumą, podsumowaniami i postanowieniami noworocznymi.
Jednak, przed tym nie jest wcale tak łatwo uciec. To ciągle gdzieś jest. Wisi w powietrzu. Czeka cierpliwie na odpowiedni moment, który jest zazwyczaj najmniej odpowiednim momentem.
I mimo wszystko człowiek myśli o tych dniach, które ma już za sobą. że brakuje najbliższych osób, że tyle spraw zostało niezałatwionych, że tyle słów pozostało niewypowiedzianych a inne ugrzęzły w gęstej atmosferze pomiędzy nami.
Jaka byłam w zeszłym, tym już minionym roku? Jakie decyzje podjęłam? A jakich nie podjęłam? Jaki to miało wpływ na mnie i bliskie mi osoby? Jakie szanse straciłam przez swoje niezdecydowanie, brak odwagi? A przede wszystkim, dlaczego? Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć?
To nie był łatwy i przyjemny czas. Wręcz przeciwnie, naznaczony chorobą, bólem, utratą. A jednak, miał ogromny wpływ na to kim jestem i gdzie znajduję się teraz. To, co było najbardziej bolesne dało mi najwięcej siły na podjęcie zmian, na wykonanie pewnych kroków ku rozwojowi.
Nadal nie potrafię przyjmować tego wszystkiego z pokorą, jako naturalnego biegu rzeczy. Wciąż się przed tym buntuję. Jeszcze wiele tego buntu i przekory we mnie, braku zrozumienia. Tak bardzo chciałabym mieć wpływ na to wszystko, co się dzieje wokół.
Ten rok zaczynam nieco symbolicznie. Od opuszczenia rodzinnego gniazda. Chociaż już sam początek nie zapowiada, że będzie łatwiej, to wkraczam w ten czas pełna nadziei, pragnień i chęci.
Dobrego roku Kochani!
Jednak, przed tym nie jest wcale tak łatwo uciec. To ciągle gdzieś jest. Wisi w powietrzu. Czeka cierpliwie na odpowiedni moment, który jest zazwyczaj najmniej odpowiednim momentem.
I mimo wszystko człowiek myśli o tych dniach, które ma już za sobą. że brakuje najbliższych osób, że tyle spraw zostało niezałatwionych, że tyle słów pozostało niewypowiedzianych a inne ugrzęzły w gęstej atmosferze pomiędzy nami.
Jaka byłam w zeszłym, tym już minionym roku? Jakie decyzje podjęłam? A jakich nie podjęłam? Jaki to miało wpływ na mnie i bliskie mi osoby? Jakie szanse straciłam przez swoje niezdecydowanie, brak odwagi? A przede wszystkim, dlaczego? Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć?
To nie był łatwy i przyjemny czas. Wręcz przeciwnie, naznaczony chorobą, bólem, utratą. A jednak, miał ogromny wpływ na to kim jestem i gdzie znajduję się teraz. To, co było najbardziej bolesne dało mi najwięcej siły na podjęcie zmian, na wykonanie pewnych kroków ku rozwojowi.
Nadal nie potrafię przyjmować tego wszystkiego z pokorą, jako naturalnego biegu rzeczy. Wciąż się przed tym buntuję. Jeszcze wiele tego buntu i przekory we mnie, braku zrozumienia. Tak bardzo chciałabym mieć wpływ na to wszystko, co się dzieje wokół.
Ten rok zaczynam nieco symbolicznie. Od opuszczenia rodzinnego gniazda. Chociaż już sam początek nie zapowiada, że będzie łatwiej, to wkraczam w ten czas pełna nadziei, pragnień i chęci.
Dobrego roku Kochani!
piątek, 20 grudnia 2013
Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów.
![]() |
| Źródło |
Zanim sięgnęłam po
książkę, przeczytałam na jej temat wiele recenzji. Najczęściej
pozytywnych i pełnych zachwytu nad ujęciem tematu przez Ludwikę
Włodek. Z tym większymi oczekiwaniami rozpoczynałam jej lekturę.
I teraz, z tym większym trudem przychodzi mi rozliczenie się z tych
kilkuset stron. Trudno mi przechodzi przez usta słowo przeczytałam,
jakże odpowiedniejsze jest tutaj przebrnęłam. Wraz
z ostatnią stroną odetchnęłam z ulgą, że to już koniec. Nie
chcę jednak powiedzieć, że czytanie Pra... było
znowu taką straszną katuszą. Po prostu, po jej przeczytaniu,
przebrnięciu tych
kilkuset stron, czuję niedosyt.
Człowiek
uczy się przez całe życie. Mimo to, aż wstyd się przyznać, do
czasu sięgnięcia po Pra...,
Iwaszkiewicza i jego małżonkę kojarzyłam głównie z pewnego
portretu...
Tak,
oczywiście chodzi o portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów
autorstwa Witkacego. Być może niektórzy z Was jeszcze pamiętają,
gdy kilka lat temu został znaleziony w jednej z łódzkich piwnicy a
jeszcze wcześniej skradziony ze Stawiska. Witkacy namalował świeżo
poślubionych małżonków w czasie ich pobytu w Zakopanem w 1922.
Sama jestem ciekawa ich reakcji na ten portret. Iwaszkiewicz ujęty
ekspresyjnie kontrastuje z realistycznie i „gładko”
przedstawioną małżonką. Taka polska Piękna i Bestia.
![]() |
| Źródło |
Niewątpliwie
lektura ta stała się impulsem do zadania sobie pytania: Kim tak
naprawdę był Iwaszkiewicz? Przecież nie tylko bohaterem dzieła
Witkacego. Jarosław Iwaszkiewicz, czyli tak naprawdę jedna z
największych osobistości polskiej literatury jawi mi się jak za
mgłą. Teraz, jako pisarz, ale także i człowiek, jest dla mnie
fascynujący. Jestem pewna, że w najbliższym czasie sięgnę do
jego twórczości i przestanę go kojarzyć jedynie z tym niezwykłym
portretem.
Ta
opowieść była dla mnie zachwycającą przygodą, ale nie jako
opowieść o konkretnych ludziach a raczej opowieść o pewnej
rodzinie. Bliżej nieokreślonej, ale sympatycznej i czasem
dziwacznej. Wynikało to być może z mojego braku skupienia przy
czytaniu, jednak historia opowiedziana przez Ludwikę Włodek nijak
nie stanowiła dla mnie ciągłej historii jednej rodziny. Za nic w
świecie nie wiedziałam, kto był Stanisławem a kto kim innym.
Zapamiętałam samego Jarosława, jego żonę i córki. Jeszcze byli
jego nieco ekscentryczni teściowie...
Na
swój sposób podoba mi się również klimat czasów Iwaszkiewicza.
Stowarzyszenie Skamander,
którego był współtwórcą, środowisko, które przewija się
przez Stawisko, żona – pisarka i tłumaczka, współpraca z prof.
Lorentzem przy ratowaniu zabytków. A z drugiej strony jest
Iwaszkiewicz i jego specyficzny stosunek do władzy i Międzynarodowa
Leninowska Nagroda Pokoju z 1980 roku. Po przeczytaniu tej książki
chyba nadal nie do końca rozumiem, jakim był człowiekiem.
Ludwika
Włodek stworzyła coś, co nie jest ani pamiętnikiem ani biografią.
Nie potrafię przyporządkować też żadnego innego gatunku
literackiego. Książka jest połączeniem tego wszystkiego i to
zapewne miało stanowić o jej niezwykłości. Znajdziemy tutaj wiele
interesujących anegdotek o Iwaszkiewiczu, jego najbliższych, ale
również dalszych krewnych, o Stawisku, środowisku artystycznym, w
którym się obracał. To wszystko jest bardzo ciekawe, jednak często
miałam wrażenie, że autorka nagle przerywa te historie, nie kończy
ich, a może nie wykańcza ich tak misternie, jakbym tego oczekiwała?
Chyba tutaj kryje się moje największe rozczarowanie tą książką.
Chociaż
nie powinniśmy oceniać książki po okładce, to aż nie sposób
nie zwrócić uwagi na wydanie Pra.... . Bierzemy do ręki
naprawdę dobrze opracowaną edytorsko pozycję. Wszystko, od okładki
po fonty, jest dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. I jeszcze
te zdjęcia, które dodają klimatu. Po raz kolejny przekonałam się,
że czytanie dobrze wydanej książki zdecydowanie podnosi jakość
czytania. Zresztą, pod tym względem, bardzo sobie cenię
Wydawnictwo Literackie.
Książkę przeczytałam dzięki Robertowi stąd i jego akcji podaj książkę dalej. Was również zapraszam serdecznie do zabawy.
![]() |
| Zapraszam do udziału w akcji |
czwartek, 12 grudnia 2013
Dzień dobry
Dzisiaj jest dobry dzień.
Dobra Dusza podarowała mi (no dobra, pożyczyła, ale bezterminowo) kilka numerów Przeglądu artystycznego z lat 60-tych. Szaleństwo, aż nie wiem, co czytać najpierw. Będę Was tutaj zamęczać moimi odkryciami.
Poza tym, moja praca licencjacka zaczyna nabierać charakteru, co mnie bardzo cieszy. Dobrze, że temat podajemy dopiero gdzieś pod koniec. Czuję się trochę, jak przed maturą. Znów gdzieś pobrzmiewa te egzystencjalne pytanie: I co dalej?
Czytam prawdziwe masterpiece. Nie przeszkadzać.
Dobra Dusza podarowała mi (no dobra, pożyczyła, ale bezterminowo) kilka numerów Przeglądu artystycznego z lat 60-tych. Szaleństwo, aż nie wiem, co czytać najpierw. Będę Was tutaj zamęczać moimi odkryciami.
Poza tym, moja praca licencjacka zaczyna nabierać charakteru, co mnie bardzo cieszy. Dobrze, że temat podajemy dopiero gdzieś pod koniec. Czuję się trochę, jak przed maturą. Znów gdzieś pobrzmiewa te egzystencjalne pytanie: I co dalej?
Czytam prawdziwe masterpiece. Nie przeszkadzać.
![]() |
| Źródło |
niedziela, 8 grudnia 2013
Nie mam ostatnio serca do tego miejsca. Słowa już nie wypływają jak dawniej. Raczej tkwią gdzieś głęboko ukryte i nie mają ochoty się ze mnie wydostać. Jestem teraz milcząca. Nie mam nic do powiedzenia. Robię różne rzeczy, żeby temu przeciwdziałać a przynajmniej spowolnić ten dziwny proces. Przechadzam się pomiędzy obrazami w galeriach, czytam więcej, wychodzę często na spacery do parku (szczególnie, gdy mnie coś zezłości, idę pod ZOO i z powrotem; jak dochodzę do domu jestem tak zmęczona i zmarznięta, że już nawet nie pamiętam co się stało), spotykam się z przyjaciółmi i bliskimi, robię dekoracje świąteczne. Może świąteczny klimat obudzi we mnie to coś? Nawet na biurku postawiłam sobie choinkę, którą wcześniej sama zrobiłam.
Już kilka razy zamierzałam Wam napisać, że chyba się spotkamy tutaj dopiero po Nowym Roku. Jak gdyby Nowy Rok miał coś zmienić. A jednak spróbuję jeszcze raz, teraz.
Jestem zdania, że istnieją pewne cechy, które możemy w sobie wyćwiczyć, np. kreatywność, pracowitość, sumienność, pozytywne myślenie, pewność siebie i wiele innych.
Stało się coś, co kawałek po kawałku pozbawiło mnie na pewien czas tych elementów mojej osobowości. Coraz bardziej odczuwam ich brak w swoim codziennym życiu. I chociaż, jak już wspomniałam, zaczynam od drobnostek, jestem niecierpliwa i szybko się zniechęcam. Jednak próbuje. Gdy trzeba, każdego dnia od nowa. Najbardziej efekty są widoczne w mojej organizacji czasu. W ciągu dnia potrafię zrobić naprawdę dużo. Co do mnie niepodobne, wybieram jednak czynności niewymagające kreowania.
Na dzisiaj mam pewien plan, trochę zamierzam się zmusić do działania. Liczę, że z każdym kolejnym razem pójdzie mi już łatwiej i przyjemniej. A Was Kochani, zostawiam z jedną z moich ulubionych pasteli Wyspiańskiego. Zimowo. Trochę sentymentalnie, bo z mojego pokoju w Krakowie miałam widok właśnie na Kopiec Kościuszki.
Już kilka razy zamierzałam Wam napisać, że chyba się spotkamy tutaj dopiero po Nowym Roku. Jak gdyby Nowy Rok miał coś zmienić. A jednak spróbuję jeszcze raz, teraz.
Jestem zdania, że istnieją pewne cechy, które możemy w sobie wyćwiczyć, np. kreatywność, pracowitość, sumienność, pozytywne myślenie, pewność siebie i wiele innych.
Stało się coś, co kawałek po kawałku pozbawiło mnie na pewien czas tych elementów mojej osobowości. Coraz bardziej odczuwam ich brak w swoim codziennym życiu. I chociaż, jak już wspomniałam, zaczynam od drobnostek, jestem niecierpliwa i szybko się zniechęcam. Jednak próbuje. Gdy trzeba, każdego dnia od nowa. Najbardziej efekty są widoczne w mojej organizacji czasu. W ciągu dnia potrafię zrobić naprawdę dużo. Co do mnie niepodobne, wybieram jednak czynności niewymagające kreowania.
Na dzisiaj mam pewien plan, trochę zamierzam się zmusić do działania. Liczę, że z każdym kolejnym razem pójdzie mi już łatwiej i przyjemniej. A Was Kochani, zostawiam z jedną z moich ulubionych pasteli Wyspiańskiego. Zimowo. Trochę sentymentalnie, bo z mojego pokoju w Krakowie miałam widok właśnie na Kopiec Kościuszki.
![]() | ||
| Stanisław Wyspiański, Widok z okna pracowni na Kopiec Kościuszki, 1904 (źródło) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





