Biorąc pod uwagę ilość inspirujących miejsc i zjawisk, których jestem przez ostatnie tygodnie świadkiem, blog powinien pękać w szwach od interesujących bardziej lub mniej postów. A jednak, dzieje się zupełnie na odwrót. Nieraz będąc w jakimś niezwykłym miejscu, na jakieś fantastycznej wystawie bądź poznając któregoś z wspaniałych artystów, myślę sobie: Koniecznie muszę o tym napisać! A później zajmuję się szukaniem innych miejsc, wydarzeń, ludzi. A tutaj się nic nie dzieje. Tylko ciągle dopisuję tematy, które powinny się tutaj pojawiać. Kolejka, jak zwykle, spora...
Powinnam zdecydowanie więcej robić a mniej myśleć :)
Pozdrawiam!
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
środa, 21 sierpnia 2013
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Teoretycznie
Chociaż czytam wcale nie tak mało i chociaż nie jestem studentką od wczoraj, to nadal istnieją książki, podczas czytania których mózg się rozgrzewa do niebezpiecznych temperatur.
Nie będę wymieniała tytułu, co by nie robić antyreklamy. Praca beznadziejna. Chaotyczna. Do rana będę robić notatki, żeby coś mądrego z tego wyciągnąć. A do wieczora je układać, aby tworzyły logiczną całość. Tak jakby sam autor nie mógł tego zrobić. Mam nadzieję, że moja praca licencjacka nie będzie na tak wątpliwym poziomie. Czasem mi się marzy, aby znalazł się pewien mądry człowiek o szerokich zainteresowaniach i podjął na nowo badania nad pewnymi cennymi obiektami.
A tymczasem na ulicy Pijarskiej w Krakowie:
Dzisiaj nie ma wycieczek i niekończących się spacerów. Dzisiaj jest teoria i żmudne notatki. Czasem też trzeba.
Połączone arkady, międzyfilarowe i międzyprzyporowe, wspierają jednorodny, szeroki mur z kamienia łamanego, który wyżej, ponad arkadami, staje się znacznie cieńszy zamieniając wątek na ceglany.Niby nic takiego. Niby kilka linijek wcześniej bywały gorsze. Niby każde słowo oczywiste i znane. Jednak przy 22 stronie mam ochotę rzucić to wszystko i ruszyć w świat.
Nie będę wymieniała tytułu, co by nie robić antyreklamy. Praca beznadziejna. Chaotyczna. Do rana będę robić notatki, żeby coś mądrego z tego wyciągnąć. A do wieczora je układać, aby tworzyły logiczną całość. Tak jakby sam autor nie mógł tego zrobić. Mam nadzieję, że moja praca licencjacka nie będzie na tak wątpliwym poziomie. Czasem mi się marzy, aby znalazł się pewien mądry człowiek o szerokich zainteresowaniach i podjął na nowo badania nad pewnymi cennymi obiektami.
A tymczasem na ulicy Pijarskiej w Krakowie:
Dzisiaj nie ma wycieczek i niekończących się spacerów. Dzisiaj jest teoria i żmudne notatki. Czasem też trzeba.
sobota, 10 sierpnia 2013
Kraków nie zmienił wcale oblicza swego starego, jest, czym był, owym relikwiarzem na piersiach Polski, tylekroć na próżno malowanym, bo go ani ołówek Stroobanta, ani pióro Kremera, wielkiego artysty słowa, nie pochwyciło, tak całym a dziwnym, a osobliwie i po swojemu pięknym, jak on jest*
Codziennie rano otwierając oczy uświadamiam sobie, jak ten czas szybko leci. Ledwie była niedziela, a dzisiaj mamy już sobotni wieczór. I tak przeleciał cały miesiąc, jak mieszkam w Krakowie. Jeszcze niecały miesiąc i będę musiała wracać do domu. Póki co, nie za bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić. Obowiązki, obowiązki i obowiązki.
Po mojej aktywności tutaj można sądzić, że Kraków nie jest zbytnio inspirujący. Jednak, zapewniam Was Kochani, jest zupełnie przeciwnie. Jest tyle rzeczy, o których chciałabym Wam opowiedzieć, a mimo to, jakoś ciężko mi wieczorem usiąść spokojnie z kubkiem herbaty i coś tu stworzyć.
Przede wszystkim, nie trzeba być geniuszem, żeby na to wpaść, Kraków jest rajem dla historyka sztuki, tego przyszłego również. Mam tutaj wiele możliwości, począwszy od podziwiania architektury, zarówno tej średniowiecznej, jak i najnowszej a skończywszy na muzeach, których chyba nie sposób zliczyć.
Ostatnie upały nie pozwoliły mi tego dostatecznie wykorzystać. Chociaż trochę się tego nazbierało.
Dzisiaj, korzystając z tego przyjemnego ochłodzenia, spacerowałam cały dzień po Kazimierzu. Przy odrobinie cierpliwości pięknie i inspirująco. Na pierwszy rzut oka, sztuczna żydowskość i kicz. Mimo to, oczarował mnie klimat żydowskiej księgarni na ul. Józefa. Niesamowity wybór książek wydawnictwa Austeria (jak dla mnie ulubione wydawnictwo pod względem edycji, mają w sobie ich książki jakiś niezwykły klimat i zapach... dobrej książki) oraz, tutaj także duże zaskoczenie, wiele książek w wersji anglojęzycznej.
Tak, to takie typowe dla mnie, zaczynać opowiadać o miejscu od księgarni... a przecież Kazimierz to także Plac Wolnica z ratuszem, gdzie obecnie swoją siedzibę ma Muzeum Etnograficzne, Plac Nowy z pysznymi zapiekankami i targiem staroci i dosłownie wszystkiego innego, synagogi, począwszy od Starej, przekształconej obecnie w muzeum, skończywszy na działającej do dzisiaj synagodze Remuh. Uwagę zwracają również liczne restauracje w stylu żydowskim, ale dla mnie to raczej objaw wszechwładnej komercji i tej sztucznej żydowskości, o której wspominałam przed chwilą. Z kolei pozytywne wrażenie robią na mnie stare klimatyczne nazwy ulic: Estery, Izaaka, Jakuba, Józefa, Warszauera, Kupa.
Przed oczami mam nadal wielkie gotyckie kościoły: Bożego Ciała i św. Katarzyny. Krakowski gotyk robi na mnie ciągle wrażenie, tym bardziej, że jestem obecnie na etapie jego bliższego poznania.
Na zakończenie tej kazimierzowskiej wyliczanki niech wspomnę jeszcze dwa barokowe kościoły: Paulinów na Skałce i św. Trójcy. Ten Pauliński jest mi zdecydowanie bliższy a to ze względu na to, że spacerując nad Wisłą czasem tam zaglądam. Jest niezwykle bogatym źródłem ikonograficznym, o czym się przekonałam przygotowując kiedyś o nim referat na zajęcia z ikonografii.
Chciałabym Wam pokazać zdjęcia tych wszystkich miejsc, ale przez moje nieogarnięcie przydarzyła się rzecz okropna, otóż wraz ze śmieciami wyrzuciłam akumulatorek do aparatu i teraz pozostaje mi jedynie robić zdjęcia aparatem, co już nie jest w żaden sposób przyjemne.
Na jutro, korzystając z okazji, że w większości krakowskich muzeów można bezpłatnie zobaczyć wystawy stałe, mam już przygotowaną całkiem długą listę. Sztuka XX wieku w Gmach Głównym (co z tego, że widziałam ją chyba z 5 razy, jest tak ogromna, że nadal kręci mi się w głowie od nadmiaru eksponatów już przy drugiej sali), Sukiennice, Sztuka Starożytna, kamienica Szołayskich. Być może coś jeszcze?
*Józef Ignacy Kraszewski, Wycieczka do Krakowa, 1871
Po mojej aktywności tutaj można sądzić, że Kraków nie jest zbytnio inspirujący. Jednak, zapewniam Was Kochani, jest zupełnie przeciwnie. Jest tyle rzeczy, o których chciałabym Wam opowiedzieć, a mimo to, jakoś ciężko mi wieczorem usiąść spokojnie z kubkiem herbaty i coś tu stworzyć.
Przede wszystkim, nie trzeba być geniuszem, żeby na to wpaść, Kraków jest rajem dla historyka sztuki, tego przyszłego również. Mam tutaj wiele możliwości, począwszy od podziwiania architektury, zarówno tej średniowiecznej, jak i najnowszej a skończywszy na muzeach, których chyba nie sposób zliczyć.
Ostatnie upały nie pozwoliły mi tego dostatecznie wykorzystać. Chociaż trochę się tego nazbierało.
Dzisiaj, korzystając z tego przyjemnego ochłodzenia, spacerowałam cały dzień po Kazimierzu. Przy odrobinie cierpliwości pięknie i inspirująco. Na pierwszy rzut oka, sztuczna żydowskość i kicz. Mimo to, oczarował mnie klimat żydowskiej księgarni na ul. Józefa. Niesamowity wybór książek wydawnictwa Austeria (jak dla mnie ulubione wydawnictwo pod względem edycji, mają w sobie ich książki jakiś niezwykły klimat i zapach... dobrej książki) oraz, tutaj także duże zaskoczenie, wiele książek w wersji anglojęzycznej.
Tak, to takie typowe dla mnie, zaczynać opowiadać o miejscu od księgarni... a przecież Kazimierz to także Plac Wolnica z ratuszem, gdzie obecnie swoją siedzibę ma Muzeum Etnograficzne, Plac Nowy z pysznymi zapiekankami i targiem staroci i dosłownie wszystkiego innego, synagogi, począwszy od Starej, przekształconej obecnie w muzeum, skończywszy na działającej do dzisiaj synagodze Remuh. Uwagę zwracają również liczne restauracje w stylu żydowskim, ale dla mnie to raczej objaw wszechwładnej komercji i tej sztucznej żydowskości, o której wspominałam przed chwilą. Z kolei pozytywne wrażenie robią na mnie stare klimatyczne nazwy ulic: Estery, Izaaka, Jakuba, Józefa, Warszauera, Kupa.
Przed oczami mam nadal wielkie gotyckie kościoły: Bożego Ciała i św. Katarzyny. Krakowski gotyk robi na mnie ciągle wrażenie, tym bardziej, że jestem obecnie na etapie jego bliższego poznania.
Na zakończenie tej kazimierzowskiej wyliczanki niech wspomnę jeszcze dwa barokowe kościoły: Paulinów na Skałce i św. Trójcy. Ten Pauliński jest mi zdecydowanie bliższy a to ze względu na to, że spacerując nad Wisłą czasem tam zaglądam. Jest niezwykle bogatym źródłem ikonograficznym, o czym się przekonałam przygotowując kiedyś o nim referat na zajęcia z ikonografii.
Chciałabym Wam pokazać zdjęcia tych wszystkich miejsc, ale przez moje nieogarnięcie przydarzyła się rzecz okropna, otóż wraz ze śmieciami wyrzuciłam akumulatorek do aparatu i teraz pozostaje mi jedynie robić zdjęcia aparatem, co już nie jest w żaden sposób przyjemne.
Na jutro, korzystając z okazji, że w większości krakowskich muzeów można bezpłatnie zobaczyć wystawy stałe, mam już przygotowaną całkiem długą listę. Sztuka XX wieku w Gmach Głównym (co z tego, że widziałam ją chyba z 5 razy, jest tak ogromna, że nadal kręci mi się w głowie od nadmiaru eksponatów już przy drugiej sali), Sukiennice, Sztuka Starożytna, kamienica Szołayskich. Być może coś jeszcze?
*Józef Ignacy Kraszewski, Wycieczka do Krakowa, 1871
wtorek, 30 lipca 2013
Jako człowiek dobrze obeznany z moskiewskim życiem teatralnym, mogę zaręczyć, że ani takie teatry, ani tacy ludzie, jakich nieboszczyk opisał w swojej powieści, nigdy w rzeczywistości nie istnieli.*
Bułhakow. To nazwisko budzi we mnie
wiele pozytywnych odczuć. Chociaż, poza Powieścią teatralną,
przeczytałam dotychczas tylko Mistrza i Małgorzatę, to mogę
spokojnie powiedzieć, uwielbiam każde jego słowo. Jest moim
literackim Mistrzem.
A jednak do Powieści teatralnej
długo dojrzewałam. Zanim po nią sięgnęłam, przeleżała na
półce dobry rok czasu. Kupiłam ją za symboliczną złotówkę w
bibliotece w zeszłe wakacje, i tak sobie czekała.
Na pierwszy rzut oka jest to opowieść
o Siergieju Leontjewiczu Maksudowie. Nie był on wybitnym pisarzem.
Wręcz przeciwnie, z prawdziwym kunsztem pisarskim miał niewiele
wspólnego. Mam wrażenie, że wszystko, co go w związku z jego
literacką karierą spotkało, było dziełem dziwacznego przypadku.
Przyznaję szczerze, że znając Mistrza i Małgorzatę,
oczekiwałam momentami jakiegoś bardziej wyrafinowanego spisku, ale
nic się takiego nie wydarzyło. Wygląda na to, że Maksudow miał
takie „szczęście”. Najpierw, jakiś niezwykły wewnętrzny
przymus „zmusił” go do napisania powieści. Fatalnej powieści.
Nudnej, nabazgranej okropnym, prostym i mało wyrafinowanym językiem.
A mimo to, miał ogromną nadzieję na jej wydanie. Czy nie jest tak
z każdym pisarzem? Każdy przecież chce, aby jego dzieło zostało
opublikowane, mało który tak naprawdę pisze do szuflady. Jednak to
nie owa językowa fatalność stoi na przeszkodzie opublikowania
powieści, ale... cenzura.
Znowu wewnętrzny przymus każe
Maskudowi pisać. Tym razem na podstawie powieści powstaje sztuka
teatralna. Być może jest równie słaba, jednak sztuką bardzo
szybko zainteresował się Teatr Niezależny. Początkowo Maskudow
jest zafascynowany teatrem, zachłannie chłonie jego atmosferę.
Szybko zostaje sprowadzony na ziemię i poznaje brutalne prawa,
którymi rządzi się teatralne życie. Ciągłe zmiany w sztuce,
sprawiające, że sztuka przestaje być sztuką Maskudowa. Bo
przecież, skoro najważniejsi aktorzy teatru są starszymi
mężczyznami, to jak bohaterem sztuki może być młodzieniec? Co ma
robić starszyzna? Ustąpić miejsca młodym? Zejść ze sceny? Iść
na emeryturę i zająć się plewieniem ogródka? Jakże aktualne są
dzisiaj te problemy, i to nawet nie tylko w kontekście teatru, ale
naszej codzienności i ciągle wydłużającego się życia
przeciętnego człowieka.
Tak więc, Maskudow szybko traci miłość
do teatru. Powieść nie ma końca. Chociaż właściwie zakończeniem
jest przedmowa Bułhakowa.
Bułhakow izoluje się od słów
napisanych przez Maskudowa, narratora powieści. Podkreśla, że
tylko dokonał niezbędnych poprawek w notatkach Maskudowa. Mimo to,
uznajemy Powieść teatralną za powieść autobiograficzną.
Problemy Bułhakowa z wydaniem jego powieści nie są żadną
tajemnicą, jak również jego współpraca z Moskiewskim Teatrem
Artystycznym.
Ciągle chodzi mi po głowie pytanie,
dlaczego przedstawił siebie jako tak nieporadnego i beznadziejnego
pisarza?
A zatem notatki Maksudowa są jedynie płodem jego wyobraźni. Dodajmy - chorej wyobraźni, Siergiej Leontjewicz cierpiał bowiem na chorobę, noszącą wielce niemiłą nazwę melancholii.*
Powieść teatralna, to książka,
której czytanie, mimo braku dynamicznej akcji, jest niezwykłą
przyjemnością, literacką ucztą. Wewnętrzne przemyślenia
Maskudowa są mistrzostwem, nawet jeśli prowadzone są w nieco senny
sposób. Pomiędzy wierszami poznajemy Bułhakowa i jego stosunek do
literackiego i teatralnego świata i rzeczywistości, w której
przyszło mu tworzyć.
* Michaił Bułkow, Powieść teatralna
wtorek, 23 lipca 2013
Kiedy spaceruję uliczkami Krakowa czuję się jakbym była cały czas zakochana. Czy tyle endorfin może być skutkiem po prostu bycia? Niektórzy pytają, czy jestem pierwszy raz w Krakowie. Nie, ale każdego dnia odkrywam coś nowego, zauważam nowe naczółki, gzymsy, kościelne szkarpy. Nawet okienne obramienia są piękne, jeśli tylko chce się to dostrzec.
Strasznie dużo emocji w tym moim byciu tutaj. I bardzo dużo mnie. Już dawno nie czułam, że wszystko jest tak bardzo zależne ode mnie i na wyciągnięcie ręki.
Strasznie dużo emocji w tym moim byciu tutaj. I bardzo dużo mnie. Już dawno nie czułam, że wszystko jest tak bardzo zależne ode mnie i na wyciągnięcie ręki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

