czwartek, 20 marca 2014

Jak czytać? E-book czy tradycyjna książka?


poniedziałek, 17 marca 2014

Co czytać?

Wyprowadziłam się z rodzinnego domu w połowie. Moja lepsza połowa, ta bardziej doskonała (czyt. moje książki) została.
Ku przerażeniu A., która nigdy rąk książkami nie brudzi, półka z książkami jak stała, tak stoi nadal na swoim miejscu. Czasem, odwiedzając rodziców, wychodzę, z którąś z nich. I tak mój odwieczny problem co teraz czytać? został zredukowany do kilku pozycji :)




Nie licząc oczywiście kilku książek czekających na czytniku. Mam w zwyczaju czytać jednocześnie jedną książkę papierową i jedną elektroniczną. W związku z tym, że prawie jednocześnie obie skończyłam czytać, znowu stoję przed fundamentalnym pytaniem co teraz czytać?

A na czytniku czeka Chmurdalia Joanny Bator i Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki Mario Vargas Llosy.

Więc, co czytać?

piątek, 14 marca 2014

Większość ludzi sądzi, że to ich właśnie maluję. Tak naprawdę maluję jednak smak, zapach, przestrzeń, którą zajmują. Staram się namalować całą ich drogę od zarodka do zwłok, a wszystko to w jednej chwili, w jednym miejscu.*

Znacie ten moment, kiedy jedziecie autobusem, czytacie sobie spokojnie książkę a ktoś Wam uporczywie zagląda przez ramię próbując rozszyfrować, jaki to tytuł Was tak całkowicie pochłonął?Dokładnie taka sytuacja mnie spotkała, kiedy kontemplowałam wraz z Whartonem jego proces tworzenia autoportretu. To jeszcze dzisiaj ktoś czyta Whartona? Słyszę za plecami. Właśnie, kto jeszcze dzisiaj czyta Whartona? Czego dzisiaj oczekujemy od powieści? Wartkiej akcji, nieoczywistych zakończeń, lekkiej i szybkiej lektury, niewielu opisów, najlepiej samych dialogów. Braku miejsca na refleksję, bo przecież żyjemy szybko i nie mamy na to czasu? Jeśli ktoś właśnie tego oczekuje od książki, Werniks zapewne go rozczaruje i zniechęci do innych dzieł tego pisarza. Bo taki właśnie jest Werniks. Melancholijny, spokojny, refleksyjny, osobisty.

Wharton zabiera mnie zawsze w podróż niezwykłą i jeszcze nigdy mnie nie rozczarował. Jego twórczość jest dla mnie zupełnie wyjątkowym doznaniem, niemal intymnym. Sięgam po jego powieści kiedy potrzebuję tego charakterystycznego ciepła, szczerości, intymności, po prostu... spokoju. Z tym właśnie kojarzy mi się jego nazwisko. Do tego jest również artystą. Takim, co wiąże sztalugi na plecach i jeździ swoim motocyklem po Paryżu w poszukiwaniu inspirujących miejsc i ludzi do malowania. No, jak go nie kochać? Moja miłość do Whartona nie jest pewnie dla Was niczym nowym. Jednak któż potrafi równie pięknie opowiadać o procesie twórczym?

Dlatego, pozwólcie, że dzisiaj oddam głos właśnie jemu. Posłuchajcie, jak pięknie opowiada o malowaniu i jak bardzo osobisty jest jego stosunek do sztuki.


Autoportrety to zdecydowanie najciekawsze obrazy. (…). Są równocześnie aktywne i pasywne, ciało i umysł postrzegają umysł poprzez ciało, oko maluje oko, które je widzi. Z autoportretu można dowiedzieć się wszystkiego; tego, jaki malarz jest, a jaki chciałby być; jak maluje, a jak chciałby malować, wszystko w tym samym miejscu i w tym samym czasie.*

Zaglądanie we własne wnętrze jest najtrudniejszą, a zarazem najbardziej satysfakcjonującą rzeczą, do jakiej zdolny jest człowiek.*

Potrzeba malowania oblewa mnie jak rumieniec, opanowuje mnie, wciąga w siebie. Staram się jej nie poddawać. Jest coś z szaleństwa w tym nagłym przypływie potrzeby, chęci wyrażenia siebie pędzlem*


Kiedy kogokolwiek maluję, nawet siebie, wariuję odrobinę. Pożądam czegoś, co nie istnieje, a prawdopodobnie w ogóle nie powinno istnieć.*

Kiedy maluję kogoś innego, jesteśmy bardzo blisko siebie, model, ja, sztalugi, tworzymy trójkąt, dotykamy się kolanami, zaplątani w siebie, przytuleni do sztalug. Potrzebujemy zbliżyć się, w przeciwnym razie mogę tylko patrzeć. A samo patrzenie podobne jest do obliczania, mierzenia czy opisywania, a może, co jest jeszcze gorsze, do szacowania.*

Jest to swego rodzaju osmoza, ludzie pozostają przeze mnie przefiltrowani. Nigdy nie zdarza mi się malować i patrzeć równocześnie. Maluję jak we śnie, absorbując moich modeli, jestem przez nich absorbowany. Stają się krwią, komórkami, związkami chemicznymi, elektrycznością w moim mózgu. Przechodzą przeze mnie, mieszają się ze mną, moimi kationami i anionami, moimi łańcuchami węglowodanów, chemicznymi bankami pamięci. Przez chwilę wszystko wrze dziko, a potem spływa po moich nerwach, wzdłuż ramienia do koniuszków palców i dalej do pędzla. Z pędzla wylewają się kolory i światło kierowane przez mój mózg, moje ciało, moją psychikę, przed moimi oczami, a wzrok mam zamglony przez modela, kogoś, nie mnie; wspomaga, przemienia mnie, symbiotycznie, trochę kanibalizmu z odrobiną rzymskiego pogaństwa.*

Każdy portret musi być nowym człowiekiem. Nową istotą, która powstaje ze zmieszania się drugiego człowieka ze mną. Jest to małżeństwo, chwilowe, ale spełnione, portret zaś jest naszym dzieckiem, narodzinami, drugim wspólnym spełnieniem.*

Gdyby ktoś mógł obserwować mnie przy pracy, oszalałby z całą pewnością. Wydawało by mu się, że patrzy na krawca, który pracuje starannie, ma do dyspozycji najlepszy materiał i nici i szyje płaszcz, który ma jeden rękaw dłuższy od drugiego albo brakuje mu w ogóle otworu na głowę.*

… naśladowanie życia nie ma sensu, podobnie jak jego odtwarzanie, muszę je wynaleźć, wyobrazić sobie na nowo. Nie oznacza to malowania abstrakcyjnych przedmiotów ani teatralnych przekształceń czy wysilonych intelektualnie prób kompozycji. Wszystko to jedynie proste chwyty, techniki uniku. Trzeba pokazać życie takim, jakim się je widzi, jak się je odczuwa.*

… moje kolejne obrazy wychodzą powykrzywiane w dziesięciu różnych kierunkach. Wszystko w porządku, taki właśnie jestem. Walczę o to, by pokazać moją osobistą rzeczywistość, jedyną, jaką znam. Staram się malować ostrożnie, z pełną uwagą i miłością.*

Zagłębiam się we wnętrzu nas obojga i staram się zebrać wszystko w jednym miejscu. Jesteśmy tak bardzo blisko kontaktu, to poważny wysiłek, sklejenie wszystkiego razem.*

… rzadko przyglądam się sobie z bliska, jedynie wtedy, gdy maluję swój autoportret. Przypomina to sprawdzanie zegarka, patrzę, ile jeszcze zostało mi czasu, nie która jest właściwie godzina, tylko ile czasu już minęło, ile jeszcze mogło mi zostać.*

Jestem szczęśliwy, równocześnie żonglując dwoma, trzema wymiarami. Samo to wystarcza, by chciało mi się żyć*

Teraz żyję, oddycham pędzlem, kolor jak krew, światło jak tlen.*

Werniks nie jest jedynie opowieścią o życiu artysty, jego stosunku do pracy i samej sztuki. To także powieść o przemijaniu, miłości, spełnianiu swoich marzeń, przekraczaniu granic i chyba o tym, co dzisiaj najtrudniejsze, życiu w taki sposób, w jaki chcemy żyć, a nie w taki, jaki narzuca nam konsumpcyjna rzeczywistość.

Mam nadzieję, że mimo opinii, że Wharton to nudziarz, każda jego książka jest taka sama, pozbawiona akcji i ciągnie się, jak spaghetti, to nie przestaniemy go czytać. To naprawdę mądry i wrażliwy mężczyzna. 


* Werniks, William Wharton, Poznań 1994 



czwartek, 13 marca 2014

Dźwigaj nogi człowieku!

Wiosna! Człowieku, dźwigaj nogi, bo wiosna idzie! Koniec z szuraniem butami po ziemi! Szkoda butów. Nosy do góry! Kto z Was szura butami zamiast dźwigać nogi? Przyznać się!

Czy Wy również zauważyliście tę dziwną tendencję u ludzi? U ludzi młodych, zaznaczam. Takich, co to powinni być pełni energii do życia i tej siły, która pozwala, nam młodym, góry przenosić. Ile razy widzę takie osoby, zastanawiam się nad ich losem. Czy to świadczy o ich niedbalstwie i ignorancji? Czy czują się tak ciężcy i przytłoczeni życiem? Są nieszczęśliwi? Słabi? Zmęczeni?

Tak, mam wtedy ochotę krzyknąć: Dźwigaj, nogi człowieku! Jest niewiele zachowań ludzkich, zdarzeń losowych bądź przypadłości rzeczy martwych, które wzbudzają we mnie bardziej negatywne emocje od szurania butami.

Ale teraz idzie Wiosna. Świeci słońce. Wyzwala we mnie niesamowite ilości endorfin. I to zakochanie do tego. I wspólne poranki z kubkiem dobrej kawy. Mimo tego, że moglibyśmy zgłosić nasz widok z okna do udziału w konkursie na najgorszy widok z okna (i prawdopodobnie zdyskwalifikowalibyśmy konkurencje bez większego wysiłku), mimo tego szurania butami, mimo widoku ciągle spakowanej walizki, mimo tej niepewności, co z nami będzie, jest mi dobrze. Chociaż lubię zimę, cieszę się na myśl o Wiośnie.

Z każdym promieniem słońca, wzrasta szansa, że podzielę się z Wami wrażeniami po moich niezwykłych spotkaniami z kilkoma literackimi bohaterami. Długie, zimowe wieczory wciąż o sobie przypominają w postaci stosiku przeczytanych i nieopisanych pozycji. Chociaż zima jest czasem sprzyjającym czytaniu, to, gdy chodzi o pisanie, jest wprost przeciwnie.

Dużo słońca Kochani!

czwartek, 13 lutego 2014

Holocaust oczami dziecka


Źródło
Nastawiam wodę na herbatę. Będę pisać. Zapalam lampę. Wiele razy już siadałam do tej recenzji.. Przynoszę herbatę i stawiam ją na stole obok komputera. Pulpit, Teksty, Recenzje, Dziennik Helgi. Próbuję zebrać myśli. Czuję jak atmosfera w pokoju się zagęszcza. Otwieram okno. Mała Helga. Kilkuletnia dziewczynka. Przeżyła. Cudem. Herbata już ostygła. A mnie wciąż brak odpowiednich słów do opisania tego, co przeżyła...

Dziennik Helgi Helgi Weissovej to jedna z tych książek, które jeszcze długo po przeczytaniu tkwią w naszych głowach i niebezpiecznie dają znać o sobie. Do tych książek należy również Dziennik Anne Frank. Chociaż Dziennik czytałam wiele lat temu, nadal, kiedy o nim myślę, czuję ten charakterystyczny ucisk w żołądku. Teraz, przy lekturze wspomnień małej Helgi, to wszystko wróciło.

Rano, gdy się obudziłam, tatuś z mamusią siedzieli ze zawieszonymi głowami przy radiu. Z początku nie wiedziałam, co się stało, ale zaraz zrozumiałam. Z radia dobiegł drżący głos: <<Dziś rano o 6.30 wojska niemieckie przekroczyły granicę Czechosłowacji>>. Wprawdzie niewiele z tego zrozumiałam, ale czułam, że to coś strasznego.

Holocaust oczami dziecka. Żydowskiej ośmioletniej dziewczynki. Nie potrzeba mocno rozbudowanej wyobraźni, aby zrozumieć, jak z dnia na dzień, jej życie uległo diametralnym zmianom. Jak odbierała kolejne zaostrzenia wprowadzane względem Żydów?

Poza tym żaden Aryjczyk (słowo wcześniej nieznane) nie może zatrudniać Żyda – nie-Aryjczyka. Teraz to już idzie raz po raz, rozporządzenie za rozporządzeniem. Ludzie już sami nie wiedzą, co im wolno, a czego nie. Zakazano: wstępu do kawiarni, kina, teatru, na boisko, do parku... jest tego tyle, że nawet wszystkiego nie pamiętam.

Helga zaczęła pisać swój dziennik w 1938 roku jako ośmioletnia dziewczynka. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo szokujące są dla współczesnego czytelnika informacje o kolejnych zaostrzeniach wprowadzanych dla Żydów, transportach, następnie obozach pracy a w ostatniej kolejności o obozach koncentracyjnych? Taką właśnie drogę musiała przejść Helga. To, że wraz ze swoją mamą, obie przeżyły, można tylko nazwać cudem.

Czytając wspomnienia ośmioletniej dziewczynki mimowolnie nachodzą mnie moje własne wspomnienia z podobnego okresu. Pierwsze prawdziwe przyjaźnie, tajemnice, miłostki, to uczucie, że cały świat do mnie należy i stoi mi otworem. Chociaż życie Helgi było nieporównywalnie trudniejsze, to wciąż zachowywało namiastkę tego wszystkiego. Mimo już trwających represji, uczęszczała na lekcje tak długo jak było to możliwe. W Terezinie zaprzyjaźniła się z innymi dziewczynkami, organizowały potańcówki a nawet zakochała się w niezwykłym chłopcu. Nie była to jednak miłość z szczęśliwym zakończeniem. Niestety.

Dziennik Helgi robi wrażenie treścią i formą. Wspomnienia pisane prostym językiem dziecka, czasem pozornie chaotyczne, urywkowe, pełne wątpliwości i emocji, wzbogacone są rysunkami. Helga nie tylko spisywała swoje przeżycia, ale również je ilustrowała. Zachęcona przez swojego tatę, sporządziła szereg rysunków dokumentujących życie w Terezinie. 


Dzisiaj Helga Weissova jest malarką, graficzką. W jej pracach widzimy wciąż obecny Holocaust. Jak widać, jest to coś, od czego nie można się, tak po prostu, uwolnić. Są to doświadczenia, z którymi przychodzi, tym nielicznym którzy przeżyli, żyć.
No więc stało się. Chociaż od przeprowadzki minął już ponad miesiąc, to jest to mój pierwszy wpis w nowym miejscu. Na nowej kanapie. Na nowym stoliku. Pod nowym kocem. Z nowym kubkiem. Herbata pozostała bez zmian. Biała z miodem. Cała reszta mojego bycia uległa daleko idącym zmianom. Sprzątam. Gotuje. Piorę. Myje podłogi. Najgorsze - zmywam naczynia. Sama siebie pytam, jak to jest możliwe zmywać naczynia w XXI wieku? Gdzie jest zmywarka? Tak, rzeczywistość pochłonęła mnie bez reszty. Startuje w konkursie na perfekcyjną panią domu. A jednak, całkiem nieźle mi z tym. Tak, mogę gotować pół dnia obiad za jeden pocałunek i to spojrzenie, które mi mówi, że jestem najcudowniejsza na świecie.
Co więcej, po etapie: Uwaga, On próbuje naruszyć moją przestrzeń osobistą, Mężczyzna wywalczył trzy wieszaki i jedną półkę w mojej szafie. Wkraczamy w nowy etap naszego związku, czyli Ona akceptuje Jego na swoim terytorium dłużej niż 5 godzin. Zdecydowanie dłużej. 24 godziny na dobę. Poznajemy siebie i swoje nawyki. Docieramy się. Czasem jeszcze walczymy. Trochę żyjemy na walizkach. Ustalamy wspólną wizję przyszłości. Negocjujemy. Bywa, że każde z nas w swoim języku. Totalne szaleństwo. Mam nadzieję, że wkrótce odnajdziemy w nim pewną regułę.

Po tej dłuższej przerwie, spowodowanej ww powodami a także ciągłymi problemami z naszym jakże zawodnym łączem, wracam. Oby na dłużej a najlepiej już na zawsze.