![]() |
Źródło |
Zanim sięgnęłam po
książkę, przeczytałam na jej temat wiele recenzji. Najczęściej
pozytywnych i pełnych zachwytu nad ujęciem tematu przez Ludwikę
Włodek. Z tym większymi oczekiwaniami rozpoczynałam jej lekturę.
I teraz, z tym większym trudem przychodzi mi rozliczenie się z tych
kilkuset stron. Trudno mi przechodzi przez usta słowo przeczytałam,
jakże odpowiedniejsze jest tutaj przebrnęłam. Wraz
z ostatnią stroną odetchnęłam z ulgą, że to już koniec. Nie
chcę jednak powiedzieć, że czytanie Pra... było
znowu taką straszną katuszą. Po prostu, po jej przeczytaniu,
przebrnięciu tych
kilkuset stron, czuję niedosyt.
Człowiek
uczy się przez całe życie. Mimo to, aż wstyd się przyznać, do
czasu sięgnięcia po Pra...,
Iwaszkiewicza i jego małżonkę kojarzyłam głównie z pewnego
portretu...
Tak,
oczywiście chodzi o portret Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów
autorstwa Witkacego. Być może niektórzy z Was jeszcze pamiętają,
gdy kilka lat temu został znaleziony w jednej z łódzkich piwnicy a
jeszcze wcześniej skradziony ze Stawiska. Witkacy namalował świeżo
poślubionych małżonków w czasie ich pobytu w Zakopanem w 1922.
Sama jestem ciekawa ich reakcji na ten portret. Iwaszkiewicz ujęty
ekspresyjnie kontrastuje z realistycznie i „gładko”
przedstawioną małżonką. Taka polska Piękna i Bestia.
![]() |
Źródło |
Niewątpliwie
lektura ta stała się impulsem do zadania sobie pytania: Kim tak
naprawdę był Iwaszkiewicz? Przecież nie tylko bohaterem dzieła
Witkacego. Jarosław Iwaszkiewicz, czyli tak naprawdę jedna z
największych osobistości polskiej literatury jawi mi się jak za
mgłą. Teraz, jako pisarz, ale także i człowiek, jest dla mnie
fascynujący. Jestem pewna, że w najbliższym czasie sięgnę do
jego twórczości i przestanę go kojarzyć jedynie z tym niezwykłym
portretem.
Ta
opowieść była dla mnie zachwycającą przygodą, ale nie jako
opowieść o konkretnych ludziach a raczej opowieść o pewnej
rodzinie. Bliżej nieokreślonej, ale sympatycznej i czasem
dziwacznej. Wynikało to być może z mojego braku skupienia przy
czytaniu, jednak historia opowiedziana przez Ludwikę Włodek nijak
nie stanowiła dla mnie ciągłej historii jednej rodziny. Za nic w
świecie nie wiedziałam, kto był Stanisławem a kto kim innym.
Zapamiętałam samego Jarosława, jego żonę i córki. Jeszcze byli
jego nieco ekscentryczni teściowie...
Na
swój sposób podoba mi się również klimat czasów Iwaszkiewicza.
Stowarzyszenie Skamander,
którego był współtwórcą, środowisko, które przewija się
przez Stawisko, żona – pisarka i tłumaczka, współpraca z prof.
Lorentzem przy ratowaniu zabytków. A z drugiej strony jest
Iwaszkiewicz i jego specyficzny stosunek do władzy i Międzynarodowa
Leninowska Nagroda Pokoju z 1980 roku. Po przeczytaniu tej książki
chyba nadal nie do końca rozumiem, jakim był człowiekiem.
Ludwika
Włodek stworzyła coś, co nie jest ani pamiętnikiem ani biografią.
Nie potrafię przyporządkować też żadnego innego gatunku
literackiego. Książka jest połączeniem tego wszystkiego i to
zapewne miało stanowić o jej niezwykłości. Znajdziemy tutaj wiele
interesujących anegdotek o Iwaszkiewiczu, jego najbliższych, ale
również dalszych krewnych, o Stawisku, środowisku artystycznym, w
którym się obracał. To wszystko jest bardzo ciekawe, jednak często
miałam wrażenie, że autorka nagle przerywa te historie, nie kończy
ich, a może nie wykańcza ich tak misternie, jakbym tego oczekiwała?
Chyba tutaj kryje się moje największe rozczarowanie tą książką.
Chociaż
nie powinniśmy oceniać książki po okładce, to aż nie sposób
nie zwrócić uwagi na wydanie Pra.... . Bierzemy do ręki
naprawdę dobrze opracowaną edytorsko pozycję. Wszystko, od okładki
po fonty, jest dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. I jeszcze
te zdjęcia, które dodają klimatu. Po raz kolejny przekonałam się,
że czytanie dobrze wydanej książki zdecydowanie podnosi jakość
czytania. Zresztą, pod tym względem, bardzo sobie cenię
Wydawnictwo Literackie.
Książkę przeczytałam dzięki Robertowi stąd i jego akcji podaj książkę dalej. Was również zapraszam serdecznie do zabawy.
![]() |
Zapraszam do udziału w akcji |